Archiwum

W stronę sztuki. Korespondencja własna z Cannes

W poprzedniej korespondencji odnotowałem zjawisko, które nazwałem kinem parabolicznym; kierunkiem wiodącym okazał się film artystyczny, który oddziałuje piękną formą i głęboką refleksją, jest wtopiony w pejzaż kultury, rozwija się równolegle do literatury i malarstwa.

Dużo zależy od selekcji, ale każda selekcja jest wyrazem panującej sytuacji. Kino się zmienia, a raczej zdobywa dojrzałość. Nowy dyrektor festiwalu Gilles Jacob powiedział: „Cechą plonu roku 1978 jest przede wszystkim wielość. Różnorodność proweniencji, stylów, rytmów, temperamentów. Kontrasty. Kontrapunkty. Rymy: niektóre filmy o podobnych tematach korespondują ze sobą, dopełniają się. Przede wszystkim, jak sądzę, to festiwal piękna: sztuka fotografii, która wsparła najwybitniejszych twórców, dawała nieustającą radość estetyczną".

Ten festiwal był różny od poprzednich. Albo innaczej: zmienia się coś w kinie. Nie ma jakiegoś nowego kierunku, stylu czy fali, ale są nowe i pogłębione poszukiwania, bardziej przemyślane, artystycznie doskonalsze. Przejawia się to w różny sposób.

Dwa bieguny


Tłem festiwalu, na którym wyświetla się kilkaset filmów, są oczywiście realizacje tradycyjne i komercjalne; filmy lepsze lub gorsze, które obracają się w kręgu modnych stereotypów. Ich atrakcyjność względnie jałowość zależy od pomysłu, realizacji aktorów; masowa produkcja, która powstaje siłą rozmachu, najczęściej sterowana wymaganiami rynku. Wielokrotnie są to filmy sprawne, spektakularne, dobrze wkomponowane w rozmaite mody, ale zawsze wtórne i mało odkrywcze.

Na drugim biegunie mieści się kino paraboliczne, ilościowo mniej liczne, ale artystycznie najważniejsze; to osobiste wypowiedzi, zapis tego co najważniejsze, dyskusja ze światem i analiza świata.

Do tego drugiego kierunku należy film Krzysztofa Zanussiego „Spirala", przyjęty bardzo dobrze i świetnie zrozumiany. Zanussi okazał się i tym razem mistrzem konstrukcji, znalazł wspólny język z aktorami, poruszył ważny problem egzystencjalny. Sam napisał scenariusz; jest to film w tym znaczeniu „literacki", że stawia odwieczne pytanie: na czym polega sens życia, jaki wpływ na życie ma obecność śmierci. Z jednej strony są to refleksje równoległe do tych, które snuł Tomasz Mann (człowiek a śmierć), z drugiej strony - jakby nowoczesna i filmowa kwestia wzięta od Dostojewskiego, więc sprawa odpowiedzialności za czyny, analiza postawy, w której zabrakło szerszych argumentów.

Formalnie rzecz biorąc „Spirala" jest filmem współczesnym - ukazuje brak ideałów, duchowe spustoszenie, które narzuca konsumpcyjny styl życia. Ale w gruncie rzeczy jest czymś więcej, jest medytacją nad człowieczeństwem.

Współczesność


Znamiennym rysem najnowszych filmów jest odejście od dosłownego opisu rzeczywistości. To znaczy: było dużo dzieł, które opisywały „rzeczywistość”, które poruszały tzw. ważne problemy ale prawie wszystkie okazały się mało istotne. Wodzenie nosem po ziemi, nawet dbałość o realia, zanurzanie się w „aktualną tematykę" było w najlepszym razie wyrazem dobrych chęci, nie głębszego spojrzenia.

Wydaje mi się, że mamy do czynienia z bardzo ważnym zjawiskiem. Dzięki środkom masowego przekazu, przede wszystkim telewizji, społeczeństwa są dostatecznie poinformowane o najważniejszych wydarzeniach i problemach. Dlatego te filmy nie wnoszą nic nowego, nawet więcej, jakby zastygły w prymitywizmie. Dopiero wtedy, gdy obserwacja rzeczywistości zostanie przetworzona, wzbogacona o przemyślenia, gdy zostanie wydobyty szerszy kontekst kulturowy, nawet filozoficzny, film odzyskuje życie. Tak zrobił Zanussi.

Najbliższe dosłownej rzeczywistości było kino anglosaskie. Pewną formą dokumentalnej rekonstrukcji jest „Midnight Express" Brytyjczyka Alana Parkera. Tytuł jest wyrażeniem z żargonu więziennego i oznacza po prostu ucieczkę. Historia amerykańskiego chłopca, który w Turcji nabył trochę narkotyków, został zatrzymany i osadzony w więzieniu. Ponieważ Amerykanie wypominali władzom tureckim niedbałość w zwalczaniu kontrabandy, Turcy skorzystali z okazji i zasądzili zatrzymanego na dożywocie.

Film jest oparty na fakcie autentycznym, na historii niejakiego Billy Hayesa, któremu udało się zbiec z więzienia. Ale nie warstwa dokumentalna jest najważniejsza Parker w sposób szalenie ostry skrytykował sądownictwo tureckie, co wywołało protesty zainteresowanych. Najważniejszą zaletą filmu jest jego drugie dno, jakby metaforyczny obraz piekła na ziemi, cierpień moralnych i fizycznych, przemocy i poniżenia. Dodatkowym atutem jest piękna fotografia i ekspresyjna realizacja.

Najbardziej dosłownym filmem jest „Kobieta wolna” Paula Mazursky'ego z USA, na przemian liryczna, to znów pełna humoru opowieść o kobiecie, którą zostawił mąż. Temat banalny, sceneria banalna, ale bardzo dużo celnych obserwacji i przede wszystkim dużo życzliwości. To jedyny film festiwalu, który opisał codzienność i dał jej j blask poezji, choć nie dał szerszego wymiaru.

Zaangażowanie?


Dwa dalsze filmy amerykańskie. „Kto wstrzyma deszcz" Karela Reisza i „Powrót do domu" Hala Ashby'ego mają wszystkie dobre i złe strony kina made in USA. To triumf formuły, nie treści. Więc sensacyjna akcja, bardzo dobre aktorstwo, sprawna reżyseria, wreszcie temat wojny wietnamskiej. Ale w swej istocie są to filmy świadczące tylko o rutynie, może nawet o kostnieniu. Ich zawartość myślowa sprowadza się do stwierdzeń oczywistych, że wojna w Wietnamie była rzeczą złą, że deprawowała uczestników, że wywarła ujemne skutki psychologiczne w społeczeństwie. Być może widz amerykański silniej reaguje, może dostrzega inne aspekty sprawy, przecież oglądając je z perspektywy Europy odczuwa się schematyzm ujęcia, powtarzalność opinii, wreszcie brak głębszego rozpoznania, sięgnięcia do przyczyn i diagnoz, a nie do powierzchownych skutków.

Nie chciałbym być zbyt surowy wobec tych filmów. Powtarzam: są atrakcyjne, wizualne, zrealizowane z nerwem. Ale w konkurencji z filmami europejskimi blednie ich siła, bo nie mają szerszych odniesień.

Polityka


Filmy Keisza i Ashby'ego są pozornie polityczne, a w gruncie rzeczy pozbawione myśli politycznej, jeśli przez myśl polityczną rozumiemy ogólniejsze prawa i sens historii.

I znów paradoks. Na poprzednich festiwalach było sporo filmów ważnych politycznie. Na tym festiwalu byliśmy świadkami załamania się tej orientacji. Załamała się linia kina politycznej kontestacji: filmów, które anarchizowały, bulwersowały, a przynajmniej chciały być krzykliwym głosem w dyskusji. Ta mieszanina polityki, socjologii, erotyki straciła rację bytu przez swoją jednostronność i prymitywizm.

Kino polityczne nie umarło, tylko się zmieniło. Powiedziałbym: dojrzało. Dwa przykłady rozwiązań niebanalnych, artystycznie przemyślanych: to „Szaleństwo i metoda" oraz „Z przewiązanymi oczami".

Ten pierwszy jest produkcji kubańsko-meksykańsko-francuskiej, zrealizował go Chilijczyk Miguel Littin na podstawie powieści Alejo Carpentiera. Ogromny fresk historyczny, zarazem syntetyczny portret latynoskiego dyktatora z początku stulecia. Film o bogatej i wystudiowanej formie, licznych reminiscencjach kulturowych (na przykład polemika z tezami Kartezjusza), syntetyczny. Jakby sprowadzony do jednego monumentalnego wyrazu zarys dziejów Ameryki Południowej, jej walki z przemocą. Wielkość i mądrość autorów polega na tym, że ujmują zjawiska dialektycznie, dostrzegają historyczne uwarunkowania, stany pośrednie między bielą i czernią. Jest to przykład filmu historycznego, będącego zarazem lekcją historii. Połączenie przeszłości z teraźniejszością, opis i analiza. Kino kubańskie osiągnęło swoje apogeum, zarazem wpisało się w historię sztuki filmowej tak od strony intelektualnej jak i formalnej.

Jeśli film Littina jest studium historii, to film „Z przewiązanymi oczami" Carlosa Saury jest studium człowieka-artysty. Saura stworzył poetycki, wielowarstwowy poemat polityczny. Punktem wyjścia jest odwołanie się do wydarzeń w jakimś bliżej nie określonym kraju latynoskim, do psychologicznej presji policyjnej dyktatury. Film ma budowę złożoną, zazębiającą się, z przecinającymi się wątkami - jak zwykle u Saury. Więc jakiś międzynarodowy trybunał, przed którym zeznaje kobieta - opowiada o swoich prześladowcach. Wśród publiczności jest reżyser filmowy, który zeznanie kobiety chce przetworzyć w spektakl teatralny. Wydarzenia polityczne, artystyczne i osobiste stapiają się w jedno. Powstał film bardzo poetycki, o dusznej atmosferze, w której stapia się świat zewnętrzny ze światem wewnętrznym. Zarazem jest to dyskurs o tym, jak się kształtują relacje między sztuką a rzeczywistością, w tym wypadku - polityczną.

Francuzi


Gospodarze obstawili festiwal trzema filmami i - w moim przekonaniu - odnieśli trzy porażki. „Violette Nozière" Claude Chabrola jest w najlepszym razie zręczną rekonstrukcją afery sądowej głośnej przed wojną: nastolatka zabija swoich rodziców. Na uwagę zasługuje tylko kreacja Isabelle Huppert. Louis Malle zaserwował „Pretty Baby”, historię trzynastoletniej prostytutki, rzecz dzieje się w Ameryce z początku wieku. Bardzo wyszukana fotografia i bardzo niewyszukana treść, chwilami wysoce niesmaczna.

Wreszcie oczekiwany „Molière" Ariane Mnouchkine; wielki fresk historyczny w kilkunastu obrazach. Rozmach inscenizacji, kilka dobrych pomysłów, kilka nieścisłości historycznych. Coś między „żywymi obrazami" a historycznym komiksem. Krytyka francuska wyjątkowo ostro i bezpardonowo oceniła ten film. „Molière" nie zasługuje na tak zmasowany atak, jest to w końcu kostiumowe widowisko i nic więcej. Miało być o Molierze, ale nie dowiadujemy się o nim nic istotnego, mógłby to być film o kimkolwiek.

Na uwagę zasługuje tylko „Pieśń o Rolandzie" Francka Cassentiego - historia rycerza, rola jego legendy w kształtowaniu świadomości pokoleń, wreszcie wmontowane w film współczesne odniesienia i komentarze. Film był pokazywany poza konkursem.

***


W tym roku Polska rozwinęła silną działalność w Cannes. W oficjalnej konkurencji startowała „Spirala", poza konkursem „Człowiek z marmuru" Wajdy (który otrzymał nagrodę FIPRESCI), wreszcie kilka filmów na targach. Były także filmy Borowczyka (w barwach włoskich) i Jerzego Skolimowskiego (w barwach brytyjskich). Nasz udział, filmy polskich realizatorów i polonica omówię za tydzień.

***


Sytuację kina światowego ująłbym tak najkrócej: rozkwit kina „artystycznego", łączącego formę, treść i refleksję. Przerzucanie pomostu między pięknem a myślą. Ujmowanie zjawisk w szerokim aspekcie kultury i sztuki. Wyeksponowanie roli kobiet jako kreacji aktorskich - i jako mediów, które odbijają niepokoje naszego świata. Epickość ujęć, dbałość o język, syntetyzowanie. Wzbogacenie dźwiękowych środków wyrazowych.

Podnoszenie kina do poziomu pełnowartościowej sztuki.


Aleksander Ledóchowski


Nagrody


Grand Prix (Złota Palma) - „Drzewo na saboty" (L'albero degli zoccoli), reż. Ermanno Olmi (Włochy).
Nagroda Specjalna (ex aequo) - „Żegnaj małpko” (Ciao maschio), reż. Marco Ferreri (Włochy) i „Wrzask” (The Shout), reż. Jerzy Skolimowski (Wielka Brytania).
Za rolę kobiecą (ex aequo) - Jill Clayburgh w filmie „Kobieta wolna” (An Unmarried Woman), reż. Paul Mazursky (USA) i Isabelle Huppert w filmie „Violette Noziere”, reż. Ciaude Chabrol (Francja).
Za rolę męską - Jon Voight w filmie „Powrót do domu” (Coming Home), reż. Hal Ashby (USA).
Za reżyserię - Nagisa Oshima za film „Imperium namiętności” (Ai no borel), (Japonia-Francja).
Nagroda dziennikarzy „Camera d’Or” (Złota Kamera) za debiut: „Alambrista”, reż. Robert Young (USA).
Nagroda FIPRESCI (ex aequo) - „Człowiek z marmuru”, reż. Andrzej Wajda (Polska) i „Zapach polnych kwiatów” (Miris poljskog cveca), reż. Srđan Karanović (Jugosławia).
Nagroda Jury Ekumenicznego - „Drzewo na saboty", reż. Ermanno Olmi (Włochy); wyróżnienie - „Spirala”, reż. Krzysztof Zanussi (Polska).
Nagroda techniczna: „Pretty Baby”, reż. Louis Malle (USA).