Archiwum

Lauren Bacall: kobieta-kumpel

Howard Hawks odkrył ją w przededniu realizacji filmu „Mieć i nie mieć” według Ernesta Hemingwaya. Miała tu być partnerką Humphreya Bogarta, który po „Sokole maltańskim” był już aktorem pierwszej wielkości.

Po znakomitym debiucie prasa amerykańska określała Lauren Bacall jako „The Look” (spojrzenie), ponieważ jej wzrok „był głęboki, ironiczny, nieodgadniony”. Nazywano młodziutką aktorkę następczynią Grety Garbo, która podówczas rezygnowała z dalszej kariery, w szczytowym okresie swego rozgłosu. Ktoś musiał ją zastąpić, wystarczyło sugerować pewną głębię intelektualną. Ale Bacall nie chciała nikogo dublować. Przestała więc zawierzać jedynie swoim oczom i poszła własną, niepowtarzalną drogą.

W „Mieć i nie mieć” są dwie znakomite sceny, które określają osobowość Lauren Bacall. Pierwsza to moment, kiedy Humphrey Bogart jako Harry Morgan, szmuglujący na swym stateczku emigrantów politycznych, trafia do jakiejś podejrzanej speluny. Jest świadkiem zamieszania, w czasie którego dziewczyna kradnie eleganckiemu jegomościowi portfel z pieniędzmi. Teraz następuje druga scena, pełna zawiłości, z zaskakującą pointą. Bogart wędruje do kajuty Lauren Bacall. Pragnie wyegzekwować od złodziejki portfel, ale ma z sobą butelkę szampana. Dziewczyna mu się podoba, więc chce upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Pieniądze odzyskuje bardzo łatwo, na tym się jednak kończy. Kiedy już znajduje się w swojej kajucie, słyszy pukanie do drzwi: wchodzi Bacall, z butelką, którą u niej zostawił. Następuje dokładnie powtórzony rytuał uwodzenia, tyle że a rebours, Bogart, ów ekstrakt silnej, męskiej osobowości stoi osłupiały. Nie wie jak zareagować, więc dziewczyna zostawia go sam na sam z butelką i odchodzi, rzucając od niechcenia, że jeśli będzie jej potrzebował, niech zagwiżdże tak, jak to robi każdy łobuziak, gdy chce kolegę wyrwać z domu, by udać się ze zdechłym kotem o północy na cmentarz.

Można przypuszczać, że Hawksowi zależało, w tej podwójnej scenie uwodzenia, na skompromitowaniu pewnego, pokutującego od dawna w „czarnym kryminale'’ mitu męskiej przyjaźni silniejszej niż miłość. Wszystko to piękne - powiada - tylko co się stanie jeśli naszym przyjacielem, kumplem do wszystkiego, będzie kobieta? Jego film jest projekcją takiej sytuacji. Harry Morgan wpadnie w najrozmaitsze tarapaty, z których zawsze wyciągnie go dziewczyna poznana przy okazji kradzieży portfela. Głębsze uczucie, jeśli się między nimi narodzi, poprzedzi cała seria aktów kumpelskiej samopomocy, bez której trudno byłoby się wywikłać spod lufy pistoletu.

Lauren Bacall partneruje Humphreyowi Bogartowi w trzech dalszych filmach: w „Wielkim śnie” według Raymonda Chandlera, który nakręcił także Howard Hawks, w „Mrocznym przejściu" Delmera Davesa i w „Key Largo” Johna Hustona. Najpierw pomaga w wykryciu zbrodni, jaka ma miejsce w jej rodzinie, potem ratuje go przed karą śmierci, kiedy niesłusznie oskarżony o zabójstwo żony nie może dać sobie rady, wreszcie bierze udział w akcji przeciw „ostatniemu gangsterowi w stylu przedwojennym”, którego gra Edward G. Robinson.

Zauważmy, że w każdym z tych przypadków mamy do czynienia z rozbiciem klasycznych mitów „czarnego filmu”, jakie istniały na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. W „Wielkim śnie” demoniczna morderczyni doprowadza do ruiny własną rodzinę. Zazwyczaj usiłuje się ukryć zbrodnię przed światem, aby nie wyszła na światło dzienne, poza mury domu. Ale Lauren Bacall buntuje się przeciwko niepisanym prawom i oddaje rzecznikom sprawiedliwości zdeprawowaną siostrę. Nie może być mowy o odbudowie honoru rodzinnego jeśli nie wypali się zła w zarodku. Szlachetność bohaterki nie jest czymś danym z góry, ale rodzi się w określonej sytuacji, która wymaga radykalnych decyzji. Moralność Lauren Bacall nosi zazwyczaj piętno zdrowego rozsądku. To jest decydujące w rozprawie z rozpanoszoną mitologią jakiegokolwiek autoramentu.

Ów życiowy rozsądek pozwoli dziewczynie z „Mrocznego przejścia” oczyścić z zarzutu żonobójstwa jej ukochanego i dać mu w zamian coś więcej, bo poczucie zaufania, pewności, że nie każda kobieta jest złą i okrutną femme fatale. Tylko w takim klimacie może on powrócić do psychicznej równowagi, po ciężkich doświadczeniach. W „Key Largo” decydujące stanie się odrzucenie niepewnej przeszłości, jeśli istnieją podstawy życia solidnego. W każdym z tych wcieleń Lauren Bacall jest kobietą, która dokonuje nieustannych przewartościowań; proces myślowy, angażujący bohaterkę, podczas kolejnych przygód filmowych, jest skutecznym gwarantem, iż nie mamy do czynienia ani z wcieleniem dobra, ani zła.

Taki styl kreacji zachowała Lauren Bacall nawet wtedy, gdy przestała występować na ekranie w towarzystwie Humphreya Bogarta. Była to para, która się znakomicie rozumiała i wzajemnie uzupełniała, zresztą także w życiu prywatnym, ale oboje doszli do wniosku, że dalsza wspólna gra byłaby już tylko zwykłym powielaniem sukcesów, osiągniętych zwłaszcza pod batutą reżyserską Howarda Hawksa. Przy końcu każdej najbardziej skomplikowanej historii groziło porozumienie, nieuchronne, bo trudno sobie wyobrazić, żeby przy tak zgodnych charakterach i takim poczuciu rozsądku można było się rozejść bez nierozsądnej ingerencji scenarzysty. Bogart poszedł swoją drogą, a Bacall - swoją.

W początkach lat pięćdziesiątych Lauren Bacall była już osobowością ukształtowaną. Niestety, przez wiele lat nie znajdowała wokół siebie takiego partnera jakim był Humphrey Bogart. Zresztą - z winy reżyserów. Ustawiali ją zwykle w opozycji do innych gwiazd. Kiedy występowała obok słodko naiwnej Marilyn Monroe - musiała być oczywiście kobietą doświadczoną i rzeczową, kiedy znalazła się obok kogoś despotycznego, ujmowała wyrozumiałością. I tak jej postać stawała się z biegiem lat kimś, kogo można by określić w dużym uproszczeniu „chłodną intelektualistką". A przecież wykalkulowany racjonalizm nie był u Lauren Bacall elementem danym z natury rzeczy, rozwijał się wraz z określoną sytuacją, w stosunku do której zajmowała właściwe sobie stanowisko. Cóż to mogło jednak obchodzić reżyserów, zapatrzonych w „kult gwiazd”, którzy wymyślali zgodnie z modą narzucaną przez producentów, zawsze pewnych opinii widzów, nawet jeśli ich zdanie nie zgadzało się z rzeczywistością.

Lauren Bacall pozostała mądrzejsza od ról, które jej proponowano. Jest to widoczne w bodaj najlepszym filmie Vincente Minnelego „Żona modna”. Partnerował aktorce Gregory Peck i mieli wspólnie tworzyć parę małżeńską o różnych charakterach, zainteresowaniach. Kiedy mąż pragnął po powrocie z biura nacieszyć się domowymi pieleszami, zastawał rozgardiasz i małżonkę prowadzącą życie towarzyskie zgodnie z obowiązkami leadera sezonowej mody. Pojawiało się zwykle stado nadętych snobów, osobników ze „światowymi manierami", na których biedny Peck patrzył ze zdumieniem i przerażeniem. Doszło do tego, że małżonkowie podzielili mieszkanie na dwie równe części, gospodarując w nich według własnego uznania i nie wchodząc sobie w paradę.

Jest w tym filmie znakomita scena spotkania w restauracji. W powietrzu wisi gwałtowna sprzeczka, a przecież do niczego podobnego nie dochodzi. Uśmiechając się do partnera nadąsana kobieta że swoistym wdziękiem wylewa mu na spodnie talerz smacznie przyrządzonego posiłku. Do sytuacji dorasta reżyser, nie ukazując skutków wylania sosu pomidorowego na gustowne ubranie siedzącego sztywno Gregory Pecka. Niewinny „żart” kobiety obserwujemy poprzez reakcje kolejno sprowadzonych kelnerów, którzy całkowicie nie rozumieją, jak się zachować w tym surrealistycznym zdarzeniu.

Gest z jakim polemizuje się na odcinku damsko-męskim mówi znacznie więcej ó emancypacji kobiet, o ich dominacji w życiu codziennym niż tuziny krwawych dramatów, w których płeć piękna za sprawą scenarzystów i reżyserów, strzela do mężczyzn z pistoletów maszynowych. Umiar, jeśli zrzucenie talerza na czyjeś kolana może być uznane za umiar, mówi więcej niż hałaśliwie preparowane mity o wężu i puszce Pandory. Zauważmy dyskretnie, że cała rzecz nie rozgrywa się w kuchni, gdzie by zwijała się rozżalona kurka domowa, ale w restauracji, w wytwornym miejscu, wśród gości, którzy muszą się czuć równie spostponowani jak nieszczęsny mąż z kotletami i sosem pomidorowym na kolanach.

Lauren Bacall zawsze lubiła sytuacje ryzykowne i dopiero w sposób, w jaki wychodziła z nich zwycięsko świadczył o jej błyskotliwości i wyrachowaniu. Jest aktorką, która nigdy nie chce wychodzić poza reguły moralne. W „Ruchomym celu” Jacka Smighta gra bogatą damę, której mąż tajemniczo zniknął. Zachowuje się w taki sposób jakby sama dokonała zbrodni. Ale na taki gest może sobie pozwolić, bo jest przykutą do fotela istotą o bezwładnych nogach. Decyduje to o tym, że znajduje się poza sferą podejrzeń. Owa dwuznaczność Lauren Bacall jest więc niejako od początku wpisana w porozumienie z widzem. Ironiczny dystans, chłodna rezerwa wobec roli, którą się kreuje - są atrybutami aktorskiego kunsztu, z tym wszakże zastrzeżeniem, że odbiorca jest o tym poinformowany od początku. Bez tego Bacall nie podjęłaby się żadnej pracy w filmie. W tym sensie jest równie wyrachowana jak jej postacie.

Bacall nigdy nie próbowała zastąpić na ekranie Grety Garbo, bo żadna aktorka nie jest w stanie tego zrobić, jeśli nie chce być bladym, nieciekawym naśladownictwem. Zbyt gwałtownie zmieniają się warunki kreowania mitów, aby podobne machinacje były możliwe. Dlatego w przypadku Lauren Bacall, jeśli chcemy mówić koniecznie o jej podobieństwie do „boskiej Grety”, możemy zwrócić uwagę na pewien rodzaj racjonalizmu, dystansu wobec granych postaci. Reszta będzie czymś tak odrębnym, że wszelkie spekulacje stracą sens zanim kiedykolwiek powstaną.

Janusz Skwara