Archiwum

Musimy trochę czarować. Rozmowa z Jerzym Śnieżawskim

Jerzy Śnieżawski, autor scenografii sześciu odcinków „Polskich dróg" i innych filmów, pracuje teraz nad fantastyczno-naukowym filmem „Test pilota Pirxa" według Lema.

• Film powstaje we współprodukcji ze Związkiem Radzieckim; jaki jest polski wkład do scenografii?

- We wrocławskim atelier powstały trzy dekoracje: hala produkcji robotów, sąd kosmiczny i wnętrze schroniska wysokogórskiego. Radziecki scenograf Wiktor Żyłko przygotował w Kijowie wnętrze rakiety „Goliat", którą Pirx i jego załoga lecą do pierścieni Saturna. Do mnie należą wszystkie wnętrza naturalne i plenery, a poza tym pewna korekta dekoracji radzieckich, mająca na celu ujednolicenie stylistyczne całości.

• Jak zrodziła się koncepcja scenograficzna filmu, jak się tworzy filmową rzeczywistość jutra?

- Potrzeba jest matką wynalazków, zaczyna się od wspólnych wyobrażeń. Z reżyserem Markiem Piestrakiem byliśmy zgodni: jak najbliżej urządzeń i wnętrz już istniejących, jak najwięcej połączeń elementów autentycznych z robionymi przez nas. Akcja „Testu” toczy się w przyszłości, ale może jest to przyszłość niezbyt odległa. Staraliśmy się więc opierać na realiach, nie można kreować fantastycznych pojazdów i strojów, gdy ludzie już latają w kosmos i wiemy, jak to wygląda. W telewizyjnym serialu „Kosmos 1999” raziły mnie sterylnie czyste wnętrza, były sztuczne, niezamieszkałe. Dlatego kolorystyka „Testu” jest jak najdalsza od bieli, także w kostiumach - stonowanych, w złamanym kolorze khaki. Oczywiście oprócz laboratorium, tam bowiem musiała być biel i sterylność. Scenografia zbyt fantastyczna odbierałaby filmowi walor autentyczności. Rozmawiałem z wieloma ludźmi, którym problematyka kosmiczna nie jest obca, otrzymałem sporo materiałów z ambasady amerykańskiej, skontaktowano mnie z NASA. Czytałem obszerny list Lema ze wskazówkami dla reżysera napisany po przeczytaniu scenariusza. Oczywiście nie wszystko jesteśmy w stanie wykonać, możliwości są przecież ograniczone. Papier przyjmie wszystko, co narysuję, ale od projektu do realizacji wiedzie długa i trudna droga, czeka mnie wiele niespodzianek.

• Często trzeba było odstępować od wyobrażeń?

- Jeśli w naszej profesji uda się w 60 czy 70 procentach zrealizować to, co zamierzamy, to jest doskonałe. Bardzo nam pomogły trzy wytwórnie sprzętu medycznego: z Łodzi, Zabrza i Żywca. Poza planem wykonały dla nas sprzęt medyczny, który wykorzystaliśmy w hali produkcji robotów, niesłychanie precyzyjny i cenny. Po zdjęciach sprzedaliśmy wszystko Cezalowi - instytucji zaopatrującej szpitale. Dekoracja, która wyglądała na szalenie kosztowną, w istocie była jedną z najtańszych. Owo laboratorium, choć zajmuje niewiele metrów taśmy, było bardzo ważne. Scena otwiera film, jest jakby jego wizytówką, wprowadza widza w świat przyszłości. Mamy już za sobą niezwykle trudną scenę ożywienia robota. Zrealizowaliśmy ją przy centralnym komputerze w „Dolmedzie" - badawczym ośrodku medycznym we Wrocławiu. Inna scena rozgrywa się tuż przez startem rakiety, która dowiezie załogę na pokład „Goliata". Wiadomo było, że nie będziemy mogli jej zrobić na Bajkonurze, są loty, pracują ludzie. Przypomniałem sobie, że na wystawie osiągnięć gospodarczych ZSRR przed pawilonem kosmicznym stoi rakieta typu Wostok - tam właśnie sfotografowaliśmy to ujęcie, oczywiście specjalnym obiektywem i od dołu.

• Czy inspirowała Pana jakoś „Odyseja kosmiczna" Kubricka?

- Uważam, że to najwspanialszy film tego gatunku, jaki dotąd powstał. Wspaniała technika, scenografia, najlepszy dowód to liczba patentów, zakupionych przez NASA od realizatorów. Rzecz jasna tam była inna skala przedsięwzięcia, inne możliwości, ale i w naszych warunkach z dużym samozaparciem można wiele zrobić. Oczywiście wszystko musi być dużo wcześniej precyzyjnie zaplanowane; nawet najwspanialszego pomysłu, który rodzi się tuż przed realizacją, już nie można urzeczywistnić. W trakcie zaawansowanej budowy dekoracji byliśmy na dokumentacji w Paryżu, obejrzeliśmy tam też „Wojnę gwiazd". Konfrontacja naszych zamierzeń z materią tego filmu, ostatniego ekranowego bestselleru „science fiction”, nastroiła nas optymistycznie.

• Druga duża polska dekoracja to sąd kosmiczny. Jak narodziła się jej koncepcja?

- Długo dyskutowaliśmy i doszliśmy do wniosku, że powinien być niekonwencjonalny. Bez specjalnego miejsca dla prokuratora, obrońcy, świadków, bez barier. Żeby trochę odbiec od tradycyjnych wyobrażeń sądu, zaskoczyć widza. Wnętrze duże i szeroko fotografowane, olbrzymi sufit, a jednocześnie trzeba było uwzględnić potrzeby filmowe, żeby operator mógł mieć dość światła. Ściany to kilkaset metrów podszewki ubraniowej imitującej blachę. Musimy trochę czarować.

• Co było dotąd najtrudniejsze?

- Wszystko jest trudne. Mniej się boję dużej budowy niż wnętrz naturalnych, gdzie praktycznie wszystko jest, a trzeba tylko zrobić coś drobnego. Ale dekoracje budować coraz trudniej, wykrusza się stara gwardia, przychodzą młodzi, którzy niewiele umieją, a chcieliby dużo zarabiać. Pracowałem kiedyś na wydziale budowy dekoracji, znam specyfikę tej pracy. Kierownikiem budowy dekoracji „Testu" był Albert Kuchnia, współpracowaliśmy przy wielu filmach, niewiele trzeba, byśmy się rozumieli. Obaj wywodzimy się ze szkoły - jeśli tak to można nazwać - znakomitego scenografa Jana Grandysa, z którym przez lata pracowałem jako drugi. Dokładność i systematyczność, a jednocześnie umiejętność odchodzenia od schematów, wyobraźnia i elastyczność - to cechy jego pracy. Tamte doświadczenia nieraz mi pomogły i będą chyba procentować przez całe życie.

Rozmawiała: Elżbieta Dolińska