Archiwum

List z Paryża. Sezon zimowy

Po artykule M. Margala „Rewelacje sezonu paryskiego", zamieszczamy uwagi znakomitego krytyka i historyka filmowego dotyczące przeważnie filmów zagranicznych, wyświetlanych we Francji.

Sezon filmowy 1948/49 nie odznacza się wielką ilością filmów francuskich. Niemniej ostatnia rewizja umowy Blum-Byrnes otwiera dla kinematografii francuskiej trochę jaśniejsze perspektywy. Perspektywy te są jeszcze bardzo odległe, a inwazja filmów amerykańskich na ekrany paryskie wcale nie została wstrzymana. Filmy francuskie, wyświetlane obecnie, wykazują jeszcze ślady poważnego kryzysu. Kryzys ten doprowadziłby może do śmierci produkcji filmowej we Francji, gdyby nie energiczna akcja Komitetu Obrony Filmu Francuskiego.

„LUDZIE LUDZIOM"

jest jednym z nielicznych filmów francuskich, dla którego realizacji nie zabrakło środków materialnych. Niestety życie założyciela Czerwonego Krzyża zostało przedstawione konwencjonalnie, całość cierpi na brak harmonii, a interpretacja bohatera przez J. L. Barraulta może podlegać dyskusji. Barrault jest bezsprzecznie znacznie gorszy niż w niezapomnianych „Komediantach".
 
„DWUGŁOWY ORZEŁ"

Jeana Cocteau, to film zbyt wypieszczony, zbyt wyrafinowany w formie, za którą ukrywa się scenariusz całkowicie pozbawiony sensu. Akcja toczy się około r. 1880. Jest to historia miłości królowej do anarchisty, który wdarł się do pałacu celem zamordowania jej. Po poprzednich filmach Cocteau „Wieczny powrót" i „Kobieta i bestia" publiczność przeżyła duże rozczarowanie. 

„ZAKOCHANI SĄ SAMI NA ŚWIECIE"

cieszy się pewnym wzięciem publiczności, głównie ze względu na prestiż nazwiska Jouveta, ale ta banalna komedia dramatyczna na temat miłości wielkiego pianisty do swej uczennicy wiąże się z tradycjami teatrów bulwarowych z 1914 r. 

„KULAWY DIABEŁ"

to skandaliczna historia, w której stary kabotyn Sascha Guitry, „wybielony" ze swych okupacyjnych sprawek, stara się przy pomocy historycznej postaci Talleyranda wybielić kolaboracjonistów, osłabić wagę problemu i przede wszystkim wyciągnąć z błota Lavala i... siebie.



Najlepszym filmem z pierwszych miesięcy sezonu jest — mimo wszystko — bezpretensjonalna komedia Carlo Rima „Latająca szafa", w której Fernandel znalazł okazję do pokazania swej vis comica, podczas gdy dotychczas eksploatowano go zbyt często w słabych filmach.

Pomiędzy filmami zagranicznymi, wyświetlanymi u nas — „Ostatni etap", wspaniały film Wandy Jakubowskiej o obozie w Oświęcimiu, odniósł zasłużony sukces, który dorównywa sukcesom takich filmów, jak francuska ,Bitwa o szyny" szwajcarska „Ostatnia szansa" i włoski „Rzym, miasto otwarte". Od paru tygodni w wielu miastach prowincjonalnych „Ostatni etap" bije rekordy kasowe. Dowodzi to, że publiczność francuska ceni filmy realistyczne i woli je od bezmyślnych produktów Hollywood.

Z filmów amerykańskich największym sukcesem cieszyła się „Umowa dżentelmeńska", jeden z rzadkich filmów hollywoodzkich, poruszających tematykę życiową. Realizator Elia Kazan chwycił temat palący: antysemityzm i rasizm w Stanach Zjednoczonych. Traktowanie tych spraw w USA przypomina hitleryzm. Niestety, film ukazuje tylko kilka momentów krwawiącej rany i daje rozwiązania połowiczne.

Mimo tych zastrzeżeń, które — jak się dowiadujemy — w znacznej mierze zostały narzucone przez cenzurę hollywoodzką, duch „Umowy dżentelmeńskiej" świadczy o pewnym postępie. W przeciwieństwie do tego, brutalnie reakcyjny jest film „Zbieg" Johna Forda, który głęboko rozczarował swych wielbicieli, pamiętających „Potępieńca" i „Grona gniewu". Poprzez nieprawdopodobną historię pewnego tropionego księdza w nieokreślonym państwie południowo-amerykańskim (film realizowano w Meksyku), Ford atakuje Związek Radziecki i państwa demokracji ludowej. Temat był tak nieprzekonywający, że realizatorzy, aby zmusić widzów do przejęcia się nim, schronili się za żonglerkę formalistyczną, która przesłania nienawiść i brak dobrej woli.

„Łuk triumfalny", zrealizowany przez Lewisa Milestone według książki E. M. Remarque'a, jest daleki od niezapomnianej wartości filmu „Na Zachodzie bez zmian". Miłość Charlesa Boyer i Ingrid Bergman ma jako tło Paryż sprzed wojny i z czasów okupacji. Dekoracja ta służy tutaj tylko po to, aby odnowić najbanalniejsze konflikty. Mimo wydanych trzech milionów dolarów, film jest nieudany, gdyż Hollywood nie pozwoliło na to, aby obrazował prawdę czyli historię antyfaszystów, którzy schronili się do Francji.

Poza tym nie da się nic powiedzieć o filmach amerykańskich. Są to albo banalne historyjki technikolorowe, albo bezduszne transpozycje powieści, albo odwieczne historie kowboyskie, albo wodewile z aniołami o białych skrzydłach („The bishop's wife"), wreszcie amerykańskie wersje wielkich sukcesów francuskich, np. film „Casbah", plagiat słynnego „Pepè le Moko".

Ameryka nie pokazała nam więc żadnego filmu o wybitnych wartościach. W przeciwieństwie do tego Anglia zaprezentowała nam dwa dzieła o wysokim poziomie kulturalnym. Są to nieraz już omawiane filmy "Hamlet" i „Oliver Twist".

„Hamlet" niezwykłego Laurence'a Olivier przewyższa może nawet „Henryka V", film według innej sztuki Szekspira. Wszystkie środki filmowe oddano do dyspozycji wielkiemu aktorowi i wielkiemu reżyserowi. Nieśmiertelne wiersze Szekspira znalazły doskonałą interpretację filmową. Można mimo to żałować, że oddając Hamletowi jego męskość, ignorowaną przez wielu innych interpretatorów, Oliver zamknął się jednak zbyt szczelnie w pałacu Elsinor, przekreślając rolę Fortinbrasa, człowieka, który pod koniec akcji zjawia się, aby wymieść to, co było zgniłe w państwie duńskim.

„Oliver Twist" Leana to dzieło inteligentne i wnikliwe, które w swych najlepszych scenach oddaje rozdzierający ton książki Dickensa skierowanej przeciw hipokryzji epoki wiktoriańskiej. Reżyser poświęcił jednak zbyt wiele miejsca melodramatowi, a zbyt mało krytyce społecznej, która w książce gra dominującą rolę. Takle „pominięcie" nie powstało przypadkowo. Główny przedsiębiorca brytyjski J. A. Rank poddaje swe filmy konformizmowi, który wstępuje na drogę najgorszych wzorów hollywoodzkich.

GEORGES SADOUL