Archiwum

Minutka, kocia sprawa i jubileuszowy klaps

Wzorem zagranicznych kinematografii — również i u nas wprowadzono, jako czynność dodatkową dla wszystkich „script-girl", sporządzanie tzw. „minutki". Tym, którzy jeszcze nie znają funkcji, jaką spełnia script-girl na planie w czasie realizacji filmu, wyjaśniam, że jest to panienka (najczęściej), prowadząca dzienny raport zdjęciowy, w którym w poszczególnych rubrykach wpisuje się numery kręconych scen i ujęć, wykręcony metraż taśmy obrazowej, dźwiękowej, bieżący numer dźwięku, początkowe słowa dialogów, oraz oznacza ujęcia nadające się do skopiowania. Jeden egzemplarz takiego raportu odsyłany jest codziennie razem z materiałem (naświetloną taśmą) do laboratorium i jest podstawą dalszych prac obróbki taśmy, drugi egzemplarz dostaje montażysta.

A teraz o samej „minutce". Wiemy, że czas w każdym przemyśle filmowym jest bardzo drogi. Ściśle zazębiająca się o siebie praca każdego członka ekipy realizatorskiej wymaga niezwykłej, stałej uwagi i wzajemnego kontrolowania się, aby „mechanizm" działał sprawnie. Jedno drobne potknięcie któregoś z członków zespołu powoduje natychmiastowe zatrzymanie „maszyny" i, oczywiście, straty. Aby ułatwić wykrycie wszystkich niedociągnięć i słabych punktów mechanizmu, prowadzi się „minutkę", która codziennie po zdjęciach jest odsyłana do dyrekcji działu produkcji, gdzie się ją pilnie studiuje. „Minutka" daje pełny obraz całodziennej pracy na planie ze ścisłym określeniem czasu trwania tj. ilości minut. Stąd nazwa.

Przed sobą mam właśnie „minutkę" z dnia 10-go września ub. r. Zawiera 87 pozycji. W dniu tym nakręcono 7 zdjęć (7 razy w ciągu dnia zmieniła się sytuacja na planie). Łączna ilość wykręconych metrów taśmy — 751. Na próby z aktorami zużył reżyser w ciągu całego dnia 253 minuty, a operator na siedmiokrotne oświetlanie różnych planów przy rozmaitych ruchach aktorów — 219 minut. Nad jedną pozycją chciałbym zatrzymać się dłużej. Wymienia ona przerwy, spowodowane nieprzewidzianymi przeszkodami, na które stracono 60 minut, a są nimi: brak ciszy i... sprawa  kota. Dla nas, filmowców, ta „kocia sprawa" jest zjawiskiem zupełnie normalnym, do którego zdołaliśmy się już przyzwyczaić, mając np. w „Ulicy Granicznej", jako aktorów-epizodystów, w dekoracji podziemnych kanałów, szczury i myszy, oraz przez cały film psa, który „ciągnął" dużą rolę. W „Drukarni na Grzybowskiej" natomiast obok psa mieliśmy w kilku scenach również kozę. Szczęście miał wtedy rekwizytor Gielba, gdyż na Saskiej Kępie w Warszawie — tam wtedy kręciliśmy — znalazł szybko odpowiednią kozę, która, według wymagań reżysera, miała być stara, z dużymi rogami, brodą i... „w ogóle o wyglądzie dostojnym".

Uwieczniona w minutce „sprawa kota" spowodowała kilkudziesięciominutową przerwę w pracy. Sprawa wyglądała tak: w pustym pokoju na stole siedzi kot. Do pokoju wchodzi aktorka i przechodząc obok stołu kładzie na nim torbę z zakupami. Odchodzi, a wtedy kot zakrada się do torby.

Niestety, koci aktor ani myślał zastosować się do tego planu. Dopóki aktorki przy stole nie było, kot siedział spokojnie. Ale gdy tylko zbliżyła się do stołu, zamierzając położyć za nim torbę, kot dawał susa pod łóżko, spod którego przy ogólnym akompaniamencie różnych: „kici, kici" wyciągnął go rekwizytor i sadził z powrotem na miejscu. Gdy już nie wiem po raz który przerywaliśmy z tego powodu zdjęcia i gdy zawiodły nawet krople walerianowe, rozlane na stole (podobno przysmak kotów), a reżyser grzmiał: „Zróbcie coś z tym kotem, bo go przybiję do stołu" — znaleźliśmy wreszcie sposób. Daliśmy aktorce w rękę kawałek surowego mięsa. W czasie kilku prób kot przyzwyczaił się dostawać od niej po kęsku I już nie uciekał.

Odetchnęliśmy wszyscy po nakręceniu wreszcie dwóch pełnych ujęć. Dość nerwowa atmosfera, jaka się przy tym wytworzyła, nie rozładowała się jeszcze. Miało to nastąpić później. Z ponurymi minami w złych humorach pracowaliśmy dalej około godziny nad przygotowaniem nowego ujęcia. Gdy wszystko było już „zapięte na ostatni guzik", tzn. script-girl stała z klapsem przed kamerą, a reżyser zawołał: „gotowe!" — na stanowisku panienki z klapsem wyrosła nagle postać elektryka z olbrzymim „klapsem", na którym prócz wielkiej cyfry „500" wymalowano jeszcze butelkę wódki i śledzie. Istnieje międzynarodowa tradycja 500-nych i 1000-nych klapsów, tradycja tak honorowana, że najgorszy nawet humor reżysera nie mógłby się jej przeciwstawić. A zatem i tym razem stało się zadość tradycji.

ZBIGNIEW KUŹMIŃSKI