Archiwum

Album aktora. O filmach Tadeusza Fijewskiego.

Pięćdziesiąt siedem lat w teatrze, pięćdziesiąt jeden - przed kamerą. W „Chorym z urojenia” wkroczył na scenę z kilku rówieśnikami w barwnym pochodzie: podtrzymywali wypchany brzuch molierowskiego bohatera. To był rok 1921, Teatr Polski w Warszawie. Zabawa w statystowanie, którą uprawiali chłopcy z Powiśla, werbowani przez Cyklopa-Rzętkowskiego. W parę lat później wystąpił w filmie. Obyty ze sceną, więc już nie jako statysta, ale aktor wymieniony w czołówce. „W roli Stacha w wieku lat 10 - Tadzio Fijewski”... To był „Zew morza” Henryka Szaro, opowieść o młynarczyku, który zakochał się w morzu.

Potem nie mógł długo wyzwolić się z ról chłopięcych. Może dlatego cenił wyżej teatr niż film. Niechętnie oglądał się na ekranie, nie lubił własnego głosu z radia. Powiedział kiedyś: „Wykrywam jedynie błędy”. I zaraz dodał z rozbrajającą, tak bardzo aktorską, kokieterią: „Nie bardzo rozumiem, czemu zawdzięczam tyle sympatii widzów, którzy od lat wiernie towarzyszą mojej pracy...”.

Mógł być pewien i sympatii, i wierności. To jeden z przywilejów wielkiego aktorstwa, które umyka definicjom, ale w kontakcie z widzem jaśnieje wciąż nowym blaskiem. Ten kontakt ze sceny nawiązywany z widownią pozostanie legendą polskiego teatru. Ale świadectwem aktorstwa Fijewskiego będą już zawsze role utrwalone na taśmie filmowej. Nie wszystkie lubił. W gruncie rzeczy są ledwie marginesem wielkiego repertuaru, epizodem w karierze trwającej ponad pół wieku. Ktoś zauważył, że dla aktora teatralnego zapis filmowy jest czymś w rodzaju pamiętnika. Pamiętnika prowadzonego niestarannie, od czasu do czasu. Ma wartość dokumentu, ale trzeba go uzupełnić wiedzą spoza ekranu, aby odczytać prawdę o osobowości aktora.

Filmowy pamiętnik Fijewskiego jest przede wszystkim zapisem jego fizyczności zmieniającej się z biegiem lat. Także zapisem możliwości: są to role dramatyczne i komediowe, role, w których najważniejsza jest charakteryzacja, i takie, w których niczym w lustrze ukazuje się twarz aktora bez szminki. Wreszcie - dokumentacją, zapisem bogactwa aktorskiego warsztatu, ciągłej ewolucji środków wyrazu. Ale nie wszystkie stronice tego pamiętnika są do końca zapisane, wiele z nich to zaledwie szkice, notatki.

Przedwojenne kino potrafiło wykorzystać tylko szczupłość chłopięcej sylwetki Fijewskiego, twarz bez wieku. Grając dziesięcioletniego Stacha miał w rzeczywistości lat szesnaście. Był złodziejaszkiem („Kropka nad i”, „Przedwiośnie”), uczniem („Uroda życia”, „Młody las”), gazeciarzem („Legion ulicy”). Wciąż - „złotowłosy urwis ekranu”, który bodaj tylko w „Legionie ulicy” wyrasta na pełno- krwistą postać. Roli dorosłej nie zdążył zagrać. Przyszła wojna, obóz koncentracyjny, powstanie warszawskie. Na półkach pozostały trzy niedokończone filmy. Powrócił na ekran po wojnie znowu w roli szesnastolatka - Bronka z „Ulicy Granicznej”. Przyjął ją niechętnie, ze zrozumiałym wahaniem. Dojrzały aktor raz jeszcze odtwarzał własną młodość, wpisaną jednak w inne warunki, w bolesne doświadczenia wojny. Było to dramatyczne zamknięcie pewnego rozdziału biografii.

Grał potem często, zmieniając charakteryzacje i kostiumy, jakby chciał sobie wynagrodzić tamten zbyt długi okres uwięzienia w jednej formule. Przyjmował większe i mniejsze epizody, zaskakując umiejętnością całkowitej przemiany. Można podejrzewać, że bawiła go swoboda, jaką wreszcie dało mu kino. Wyfraczony, oficjalny komisarz policji z „Nikodema Dyzmy” sąsiaduje z charakterystycznymi postaciami chłopów, palaczy, dorożkarzy. Galeria zapadająca w pamięć bardziej niż komediowy charakter z niefortunnego cyklu filmów o panu Anatolu. Ale Fijewski nie bał się nawet klownady. Lubił kontrasty, szukał ostrej, prawdziwie filmowej charakterystyczności. Jak wielkie to możliwości, świadczy zestawienie ról z jednego tylko roku 1958 - ról ekranowych w gruncie rzeczy dalekich od tego, co robił wówczas w teatrze. Michalak-Hipek w „Kaloszach szczęścia", pijak w „Pętli”, radca Mazurkiewicz w „Żołnierzu królowej Madagaskaru”. Komedia, dramat i wodewil. W komedii zdaje się z pewnym znużeniem powtarzać stereotyp wypracowany już wcześniej, ale w wodewilu imponuje brawurą. Ten radca Mazurkiewicz - nieśmiały w konkurach i ruszający do kankana, zagubiony w buduarze kuszącej divy i ścigający nieznośnego synka - przerasta film. To pokaz bezbłędnego wyczucia ekranowego rytmu, poczucia humoru wielkiej aktorskiej kultury. A tuż obok niezwykła sylwetka Władzia, który snuje pijacki monolog w mrocznej knajpie. Knajpa jest nędzna i trochę niesamowita, za kontuarem stoi Helena Makowska, żona aktora, dalej Kuba - Gustaw Holoubek w wygniecionym prochowcu. Władzio opowiada o zmarnowanym życiu, gra przed nimi swoją tragedię, jest przejmujący i nawiedzony jak ze stronic Dostojewskiego. „Bardzo dużo serca włożyłem w ten epizod...” - powie po latach. Ale serce wkładał we wszystkie swoje role. Tym razem jednak napotkał też „swego” reżysera. Właśnie Wojciech Has potrafił, jak nikt inny, wpisać harmonijnie niezwykłą osobowość Fijewskiego w filmowy obraz. Kreacje, które są wynikiem ich współpracy - także Edzio-puzonista w „Złocie” i Rzecki w „Lalce”, sentymentalny i staroświecki, tak różny od postaci stworzonej dziś przez Pawlika, składają się na tryptyk, w którym chyba najwięcej jest z Fijewskiego, jakiego znamy ze sceny.

Może dodać należałoby wzruszającą i pełną godności postać starego chłopa odwiedzającego dzieci w mieście z telewizyjnego „Ojca”, a także nieco surrealistycznego nauczyciela muzyki w bułgarskim filmie „Wspomnienie”. Nie chodzi jednak o mnożenie tytułów. Na sukcesy, tak samo jak i na pomyłki Fijewskiego istotne światło rzucają wątpliwości, które nigdy nie wygasały: „Gra w filmie ma w sobie coś sprzecznego z istotą aktorstwa - tak, jak ja je pojmuję: z powolnym, konsekwentnym budowaniem pełnej postaci, rozwijającej się, poddawanej próbom i przemianom...”.

Kamera zmuszała go do stosowania odmiennej techniki, do tego, co inny aktor, Aleksander Zelwerowicz, nazywał „mocnym rzutem ogólnym” i „dawaniem wyrazistej impresji”. Robił to po mistrzowsku, może nawet z ukrytym wyzwaniem. Ale dopiero suma kreacji rozsianych w filmach o nierównej wartości pozwala sobie uświadomić skalę jego talentu. Każda z osobna jest tylko zapisem, kartą wydartą z albumu wielkiego aktora.

Andrzej Kołodyński