Archiwum

Żuk w wielkiej kupie

Tym razem dyżurny od wielu już lat motyw utyskiwań z powodu niedoskonałości warsztatowo-dramaturgicznych, śmiało i bez dyskusji można odłożyć do kąta. „Wodzirej" Feliksa Falka, drugi dopiero film tego reżysera, niczym nie przypomina anachronicznego, jako fabuła, rażącego sztucznością charakterystyki psychologicznej bohaterów i nieporadnie zmontowanego debiutu, zatytułowanego „W środku lata". Nowy film zaskakuje swoją zwartością fabularną, tempem akcji, precyzyjnym rozłożeniem puent; nie ma w nim ani centymetra zbędnej taśmy, ani sekundy przestoju nie umotywowanego dramaturgicznie. Soczyste, żywe dialogi i wręcz rewelacyjna gra Jerzego Stuhra, jako tytułowego wodzireja, konferansjera i specjalisty od prowadzenia restauracyjnych bali, a rola to skomplikowana i niewdzięczna, dopełniają listy komplementów na jakie reżyser sobie zasłużył. Także rozedrgany, pozornie niechlujny w swej kompozycji obraz filmowy - zdjęcia robił Edward Kłosiński - trafnie koresponduje z nerwową atmosferą akcji.

Film atakuje wyobraźnię widza wielością harmonijnie złączonych elementów obrazowych i muzycznych, sporo w nim ironii i kabaretowego humoru, a przecież w sumie przesłanie wydaje się być cokolwiek jednowymiarowe. Oto historia kilkudniowej krzątaniny prezentera do wszystkiego, pracującego w jakiejś wojewódzkiej Estradzie, który zwietrzywszy możliwość osobistego sukcesu, metodą donosów, podkładania „świni" i wszelkiego rodzaju łajdactw, eliminuje konkurentów i zostaje wodzirejem ekskluzywnego balu z okazji otwarcia hotelu. Falk zagęściwszy czas akcji do kilku dni (bal tuż, tuż) wpędził wodzireja w trans nieomal epileptyczny; on nawet nigdy wolno nie chodzi, sposób jego poruszania się to coś na kształt truchtu; kiedy dodać do tego ostry dynamiczny montaż, to efekt pośpiechu działań odczuwa się prawie fizycznie, a pytanie „zdąży - nie zdąży" rzeczywiście wywołuje emocje odbiorcy, podnosi temperaturę oczekiwania. Skąd jednak ta jednowymiarowość?

Otóż krąg ludzi, który otacza wodzireja, a więc koledzy z branży, dyrektor Estrady, dyrektor wydziału kultury, wpływowy znajomy od rozdziału talonów samochodowych, rencistka pani Mela, którą nasz bohater musi usatysfakcjonować erotycznie w zamian za informacje o ciemnych sprawach konkurentów, to przedziwne panoptikum typów spod ciemnej gwiazdy, przerażających jako kreatury moralne, a wręcz niebezpiecznych jako ludzie decydujący o czymkolwiek, nawet o obsadzeniu wodzireja. Łapówka, szantaż, donos, anonim są tu metodami postępowania przez nikogo nie kwestionowanymi i wchodzą w zakres funkcjonalnych reguł gry, przestrzeganych przez ten krąg z żelazną konsekwencją. Ogromna kupa łajna, którą nasz żuk-wodzirej przemierza od dołu do góry, party przemożną pokusą sukcesu, błyśnięcia swymi talentami przed zebranymi na balu miejskim prominentami. Jednowymiarowość tej optyki w kolorze czarnym nie raziłaby może - metoda przejaskrawiania od dawna jest w sztuce stosowana, a łapówkarstwo, kacykostwo etc., to przypadłości bynajmniej nie wymyślone - gdyby w koncepcji fabuły nie kryło się znamienne, a przemyślnie zamaskowane, stronnicze uproszczenie.

Wodzirej w czasie jedynego zresztą momentu autorefleksji, kiedy oddany jego przyjaciel - Romek - przebywa w szpitalu, wygłasza monolog trochę do siebie, a trochę do żony przyjaciela, na temat słabości własnego charakteru. Ma żal do siebie, że uśmiechem odwzajemnia uśmiech największej nawet kanalii, zamiast, jak Romek, wyrżnąć pięścią w mordę. Konkluzja jest więc taka: jedni się zeświniają, bo są z natury podatni na świństwo, inni - nie, bo są twardzi wewnętrznie. Reżyser w końcówce stwarza pozory wyrównania rachunku moralnego poprzez kompromitację plugawca. Romek wykiwany przez przyjaciela, wali szczęśliwego z udanego balu wodzireja po pysku, co ma u widza wywołać reakcję katarktyczną.

Jest to oczywiście, pozór moralnego triumfu, jako że obrazy demaskujące totalne skorumpowanie i moralne splugawienie bardzo przeciętnych w końcu ludzi, właśnie dzięki konkretnej, realistycznej poetyce filmu - czy się tego chce, czy nie chce - nabierają cech konkluzji uogólniającej. Jeśli będę postępował uczciwie, tak jak Romek, to nigdy nie zrobię kariery - rozumuje wodzirej. Skoro nie liczy się talent i autentyczna praca, to trzeba grać tak, aby to była gra skuteczna. Trzeba stać się silniejszym od przeciwnika w tym miejscu, w którym on uważa się za najsilniejszego - głosił Clausewitz: a więc eskalacja podłości!

Reżyser ma prawo do realistycznego opisu rzeczywistości oraz prawo do uogólniania swoich konstatacji. Jest to dobre prawo każdej sztuki. Ale czy tu nie mamy do czynienia z rozminięciem się reguł realizmu i kierunku uogólnień? Jestem jak najdalszy od postulowania koloru różowego, jako barwy najlepszej dla oddania sprawiedliwości naszym czasom. Każda krańcowość jest niebezpieczna, bo eliminuje całe fragmenty rzeczywistości bez których obraz Polski tu i teraz wygląda kadłubkowato, niepełnie. Podłość jednak jako powszechnie obowiązująca recepta na sukces należy do tych drastycznych ekstremów, które budzą sprzeciw. Bo właściwie w jakich kategoriach można bronić podobnego obrazu: w imię realizmu? moralności? sztuki? Twierdzić, że ci, którzy zrobili kariery w naszym kraju, są łajdakami, świniami, zblatowaną sitwą, szubrawcami, to tyle, co utrzymywać, że wszyscy ludzie sukcesu są gołębiego serca i szerokich horyzontów. Jest to absurd w obie strony.

Kariera albo moralna czystość. Dylemat w rzeczy samej nienowy i różnie go można rozstrzygać. Tak płytko jak w „Con amore", ale też można tak głęboko, jak w „Strukturze kryształu". Krzysztof Zanussi w „Barwach ochronnych" pozostawił widzowi nadzieję na to, że aktywność społeczna człowieka, jego kariera, sukces, nie muszą być tożsame z wewnętrznym popapraniem, z gmeraniem w śmierdzącej kupie. Skąd więc tyle czarnej beznadziei w filmie młodego człowieka, który się przebił, zrobił karierę, osiągnął sukces? Warto pamiętać, że to uogólnienie filmowe dotyczy wszystkich „wybrańców losu". Jeśli byłoby prawdziwe to... Miecz ma dwa ostrza.}

Czesław Dondziłło

WODZIREJ. Reżyseria: Feliks Falk. Wykonawcy: Jerzy Stuhr, Sława Kwaśniewska, Wiktor Sądecki i inni. Polska, 1978.