Archiwum

Gorycz i żart. O filmach Zdzisława Kudły

Próba nakreślenia sylwetki twórczej realizatora filmów krótkich napotyka większe trudności niż w przypadku autora pracującego w pełnym metrażu. Nie można odwoływać się do ogólnej znajomości omawianych filmów, bo i system rozpowszechniania nie rozpieszcza krótkometrażówek i prasa, nawet fachowa, nie poświęca im, poza okazjonalnymi przypadkami, żadnej uwagi. Szczególnie odczuwalne jest to w przypadku filmów animowanych. A jednak pisząc o Kudle chcę uniknąć referowania filmów zakładając, że czytelnik miał możność poznać niektóre z nich; pragnę, by w przyszłości zwracał uwagę na nazwisko tego reżysera.

Zadebiutował Zdzisław Kudła mając lat 31 w bielskim Studiu Filmów Rysunkowych. Był to rok 1968, czas, kiedy wchodziła w życie tzw. druga generacja lat sześćdziesiątych, wyrosła u boku takich autorytetów jak Witold Giersz, Władysław Nehrebecki, Mirosław Kijowicz, Daniel Szczechura, Kazimierz Urbański. Równocześnie debiutował Ryszard Czekała, od roku reżyserskie ostrogi nosili już Julian Antoniszczak i Bronisław Zeman, a od dwóch lat - Stefan Schabenbeck. O sile późniejszego sukcesu każdego z nich - obok osobowości twórczej - decydowało przygotowanie do pracy, uzyskane bądź w łódzkiej szkole filmowej, bądź w pracowni rysunku filmowego krakowskiej ASP, bądź wreszcie w rodzimej wytwórni. Takie właśnie przygotowanie miał malarz Kudła, który z dyplomem krakowskiej akademii w kieszeni osiadł w Bielsku-Białej i przez pięć lat zarabiał na chleb jako dekorator w studiu. Decyzja o „wyzwoleniu" na reżysera i powierzeniu samodzielnej realizacji była trafnym posunięciem ówczesnego dyrektora Jerzego Schönborna, który zorientowawszy się, że szkoda zdolnego artysty na wieczne tkwienie w dekoratorni, postanowił na niego postawić.

Równocześnie jednak z pracą nad swym pierwszym filmem „Arena" został Kudła wciągnięty do produkcji Bolko-Lolkowych seriali. Tak już niestety jest, że ciśnienie popytu na filmy seryjne stwarza sytuację, w której wytwórnia nie może sobie pozwolić na luksus wyłączenia reżysera z pracy nad serialami i zostawienia mu pełnej swobody realizowania filmów indywidualnych czy autorskich. Różnym więc przygodom, dwóch sympatycznych skądinąd chłopaków poświęcona jest blisko połowa spośród dwudziestu jeden filmów Zdzisława Kudły.

Dobrze to czy źle? Ktoś może uważać, że udział zdolnego i ambitnego reżysera w powstawaniu filmów seryjnych jest wskazany, gdyż zmniejsza odsetek realizacji kiepskich, nieudolnych, byle jakich. Moim jednak zdaniem, jest to fatalne nieporozumienie. Teoretycy organizacji pracy zgodnie podkreślają, że pracownikom należy powierzać zadania na poziomie górnej granicy ich możliwości. Reżyserzy nie powinni chyba stanowić tu wyjątku. Codzienna obserwacja dowodzi jak niekorzystny wpływ na twórczość poszczególnych realizatorów wywiera angażowanie się w produkcję łatwej masówki, ile wysiłku i ponownej koncentracji wymaga obrona przed tym, co brydżyści określają powiedzeniem „psuje się ręka", mając na myśli grywanie w słabszych partiach.

Zdzisław Kudła uniknął „psucia się ręki", on sam tylko wie, kosztem jakich wysiłków. Nikt jednak nie wie, do czego mógłby dojść, gdyby okoliczności pozwoliły mu przez dziesięć lat realizować tylko swoje, indywidualne filmy. To, że nazwisko jego znalazło się w rzędzie liczących się w naszej kinematografii animowanej, ma do zawdzięczenia sześciu, może siedmiu filmom. Nie są to filmy w pełni autorskie, gdyż scenariusze większości z nich pisane są przez kogoś innego, pozostałych zaś (z wyjątkiem „Kata") Kudła jest tylko współtwórcą wraz z Leszkiem Mechem („Szum lasu”), Janem Petryszynem („Impas"), Bronisławem Zemanem („Jak wyginęły mamuty"). A jednak wszystkie filmy składają się na autentyczne dzieło Kudły, są jego osobistą wypowiedzią. Bardzo starannie wybrawszy do realizacji scenariusz, nieraz zainspirowany lub nawet zamówiony, reżyser utożsamia się bowiem z jego treścią, przetrawia ją, wtapia we własny świat myślenia plastycznego i filmowego, nadaje charakterystyczny dla swej twórczości kształt.Jest kilka wspólnych mianowników, dzięki którym twórczość ta stanowi określoną całość, odróżniającą się w sposób widoczny od sztuki innych polskich realizatorów filmu animowanego. Nicią przewijającą się przez wszystkie filmy Kudły, niezależnie od ich zawartości treściowych, jest pewien ton goryczy. Towarzyszy on smętnej, nieraz pełnej sarkazmu zadumie nad działalnością człowieka, a właściwie szerzej: społeczności ludzkiej i nad rezultatami, do których ta działalność doprowadza. Już wspomniana „Arena", powstała na styku nurtu filozofującego i satyrycznego, niesie zapowiedź charakterystycznego dla Kudły sposobu patrzenia i interpretowania: „Oto, do czego to prowadzi!" Poruszony w tym filmie problem presji otoczenia, wiodącej do zatraty osobowości, a więc dehumanizacji człowieka, nie powraca wprawdzie w późniejszych dziełach Kudły, podobnie jak w jakimś sensie zamknięta pozostaje sprawa zmagań człowieka próbującego zachować swą wolność, zagrożoną przez wszechpotężną, a nieżyczliwą i okrutną siłę upostaciowaną w Zeusie („Syzyf", 1970), pozostaje jednak gorycz, groźny żart, grawitujące z czasem coraz bardziej w kierunku makabreski.

Od pewnego momentu Kudła zaczyna się zajmować problemem relacji „człowiek a otoczenie" pod kątem przerostu cywilizacji, która nie tylko zabija przyrodę, ale doprowadza do zagubienia się samego człowieka, do uzależnienia go od sił wprawionych przez niego samego w ruch. Nie są to filmy interwencyjne jakich w ostatnich latach powstało sporo. To raczej zrodzone z okrutnej fantazji obrazy paradoksalnej przyszłości, gdzie sprawa doprowadzona zostaje do absurdu. W filmie „Bruk" (1971) zabetonowana zostaje nie kończąca się płaszczyzna terenu, pozostaje jakby na kpinę samotne drzewo. W „Szumie lasu" (1972) przeżywamy wraz z bohaterem przerażający, paranoiczny sen o lesie, który w rzeczywistości jest tylko kępą drzew, zachowanych po to, aby ogromnymi rurami sprowadzać ich szum do fabryki, gdzie jest ładowany w puszki z odpowiednią etykietką. Wreszcie „Impas" (1975), z pewnością inspirowany głośnym przed kilkoma laty faktem awarii sieci elektrycznej w Ameryce, pokazuje bezradność ludzką w takiej sytuacji, znowu widzianą przez pryzmat snu bohatera. Można sądzić, że sięganie Kudły do sennych zwidów jest swojego rodzaju perwersją - pozwala na piętrzenie niesamowitości, hojnie podsuwanych przez wyobraźnię z równoczesnym zastrzeżeniem, że to tylko sen, a w nim przecież wszystko może się zdarzyć. Do tej grupy filmów zaliczyłbym też „Kwiat” (1972), bo choć opowieść o człowieku, który z wielkim poświęceniem wyhodował na pustkowiu ogromny, wspaniały i groźny kwiat po to, aby być przez niego pożarty pozornie nie ma związku z cywilizacją, wyrasta jednak z tego samego nurtu myślowego, z tej samej fascynacji problemem: tworzenie i rezultat. I przepojona jest tą samą goryczą, utrzymana w podobnej surrealizującej konwencji.

Filmy zrealizowane w ostatnich latach, może o mniejszym ciężarze gatunkowym, ukazują Kudłę jako dowcipnego, choć nieraz makabrycznego („Kat”, 1977) autora filmowych żartów. Zrealizowany wspólnie z Bronisławem Zemanem film pt. „Jak wyginęły mamuty” (1976), będący po części parodią animowanych filmów popularnonaukowych, jest dobrym groteskowym dowcipem.

Skłonności do udziwnień, niesamowitości, grozy, tak widoczne w twórczości Kudły, rzutują na wybór środków wyrazu. W konwencji plastycznej jego filmów trudno doszukać się echa wpływów malarzy-kolorystów, w których pracowniach pobierał nauki. Raczej skłania się on w kierunku koncepcji nadrealistycznych z charakterystyczną deformacją relacji między poszczególnymi kształtami, zachwianiem proporcji, eksponowaniem rzeczy niemożliwych. Nie ma tu miejsca na wesołość; nawet tam gdzie ogólny koloryt jest jasny, zestawienie form, ich udziwniona stylizacja, umiejętnie zastosowane cienie, tworzą ciężki, przygniatający nastrój.

Krótki szkic nie pozwala na pełne omówienie wszystkich aspektów tej bogatej i bardzo interesującej twórczości. Z pewnością na jej kształt wpływa i doskonała dramaturgia, wykorzystująca rozliczne możliwości i rozwiązania, i bardzo czysty warsztat realizatorski, wskazujący na opanowanie nie tylko techniki wycinankowej, dominującej w twórczości Kudły, ale też rysunkowej, i wreszcie udział warstwy dźwiękowej, która w wielu przypadkach jest niemal równoważna z obrazową.

W planach Zdzisława Kudły przewidziana jest praca nad pełnometrażowym filmem animowanym. Ambitne to przedsięwzięcie, najeżone zasadzkami i trudnościami; można mieć jednak nadzieję, że talent i dotychczasowe doświadczenia pozwolą mu wyjść z nich obronną ręką.

Andrzej Kossakowski