Archiwum

Pawlak rozmawia z widownią

Uzasadnienie tegorocznej nagrody „Filmu" narzuca się samo: nagroda dla komediowego cyklu Sylwestra Chęcińskiego wyraża opinię większości. „Kochaj, albo rzuć” zyskał w 1977 roku ponad 7 milionów widzów, a dwa poprzednie, „Nie ma mocnych" z 1974 i „Sami swoi" z 1967, są wciąż oglądane.

Wszystkie te filmy (zwłaszcza „Sami swoi") plasują się wśród najlepszych osiągnięć polskiej komedii popularnej. A było ich, jak wiadomo, niewiele: „Skarb”, „Ewa chce spać", „Rejs”, „Polowanie na muchy” - to chyba wszystko. Chęciński i Mularczyk wygrali w najtrudniejszej konkurencji. Jak przystało na polską komedię, te filmy są nieco melancholijne, przepełnione aktualnościami z telewizji i dziennikarskimi notatkami z życia, zaczepione o historię ostatnich 40 lat. Jak zwykle tematem komedii jest to, co właściwie niezbyt śmieszne.

Warto było ten sukces odnotować. Chęcińskiemu i Mularczykowi udało się wyważyć dwa składniki, które decydują o powodzeniu komedii: stereotypowość i autentyzm. Pawlak w wykonaniu Wacława Kowalskiego to nie tylko barwna postać kresowiaka. Jest on kimś więcej niż komediowym chłopkiem-roztropkiem. Widz rozpoznaje w nim łatwo typ Polaka. Pawlak kieruje się „polskimi odruchami”. Gdy w początkowej scenie filmu „Sami swoi” wyskakuje z przesiedleńczego transportu na widok znajomej krowy, należącej do odwiecznego rywala Kargula, i woła: - po co szukać wroga obcego, kiedy mamy swego! - za jednym zamachem zasygnalizowano nam w ten sposób typowo swojskie połączenie poczciwości i zadziorności. Perypetie Pawlaka i Kargula są momentami dosłowną, do absurdu doprowadzoną ilustracją obiegowych przysłów. Oni dosłownie „koty drą ze sobą". A gdy wspominają potem dawne dobre lata czterdzieste, kiedy to - trzebili my perz i lebiodę, aż niebo całe było czerwone, aż ziemia cała się gotowała - trzeba im wierzyć na słowo, gdyż w ten właśnie sposób, granatami, rozminowywali pole żyta.

Pawlak jest typowym rodakiem, takim co to wiele przeżył na rozmaitych zakrętach dziejowych, ale pozostał górą, siedzi na swoim. - I państwo teraz ze mną w koegzystencji. Główne jego zmartwienie - to komu tę ziemię przekazać. Taki właśnie przedstawia się widzom w „Nie ma mocnych”, gdy leżąc na łożu śmierci (z którego prędko wstanie) spowiada się głośno przed rodziną: - Pionierem najpierw ogłoszony był, kułakiem potem, ale Pawlakiem - zawsze.

Sobiepan w czasach, które sobiepaństwu nie sprzyjały, niby naiwny, a przecież umiał zadomowić się na polskim „dzikim zachodzie”, a potem w Chicago w 1977. Człowiek bywały, wie jak z kim gadać. Właściwie dopiero Ameryka dała mu trochę w kość, tak że wracał do ojczyzny z ulgą zamieniając Fahrenheita na Celsjusza. W Stanach ujawniło się trochę zastarzałej ksenofobii Pawlaka, ale w końcu obronił się i przed Ameryką. Po prostu uznał ją za swoją i spolonizował: - tu mam rodzinę - mówi - tu mam teraz groby, a ten wieżowiec Polak stawiał! Reszta, przyznajmy, niewiele go obchodziła. Byle czym prędzej do domu.

Czy Pawlak jest właściwie człowiekiem przedsiębiorczym? Owszem, jeżeli o przedsiębiorczości świadczy przemalowanie świni na dzika, aby dygnitarz mógł zapolować w pegeerowskim lesie, a dyrektor nie straszył więcej Pawlaka rentą. Albo występ w polonijnym radiu w Chicago. Wyszło fuksem. Pawlakowi wiele rzeczy udaje się fuksem, bo jest inteligentny, umie się przystosować, a przy tym ma szczęście.

W podróży przez Atlantyk musiał przemóc swoją starą niechęć do czarnych. (W Ameryce czarne robią za pół darmo, a dużo ich jak mrowia). Ale już w drodze powrotnej Pawlak ostentacyjnie głosi: - Rasizm to dla mnie niepojęta rzecz! Przeważył kult rodziny i nowo odkryta bratanica-Mulatka, w której od razu zauważył „naszą krew".

Pawlak jest tradycjonalistą. Wie, kiedy trzeba użyć postępowego argumentu, ale bywa że się uprze - jak przy ślubie wnuczki.

- Kiedy ślub kościelny? - pyta Zenka.
- Z przyczyn obiektywnych nigdy - mówi przyszły zięć. - Uznaję wolność przekonań.
- On ma inny światopogląd - tłumaczy wnuczka.

Dziadek nie daje się przekonać i rozbija weselny stół. W dziedzinie duchowej Pawlak zostaje wystawiony na najcięższe próby. Ameryka dostarczy mu eskalacji zaskoczeń, począwszy od spowiednika-Murzyna, który prawi mu coś o braterstwie dusz, a skończywszy na cmentarzu psów w Chicago i tańczącym księdzu polsko-katolickim, na dodatek żonatym.

Pawlak ma wady, więcej ma pełny asortyment wad narodowych, z których najcięższą jest chyba brak demokratycznego oszlifowania.

- Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie!

Ale też Pawlak nie miał wielu okazji aby tę cnotę społeczną nabyć. Pod pewnymi względami okazuje się natomiast bardzo amerykański:

- A czy wolno mieć w Polsce pistolet i broń? - pyta go rodak z Chicago.
- Po co? - odpowiada Pawlak, a po namyśle: - Oj, minęli te czasy, kiedy ja miał kupę granatów i karabina.
- Tylko że ci zamek wylatywał - wtrąca Kargul.
- I twoje szczęście, bo już by Ameryki nie oglądał.

Nie ma komedii bez złośliwości, ale przy wszystkim, wady Pawlaka są urocze i okupione jedną zaletą: uczuciowością. Pawlak jest uczuciowy zarówno jako patriota, jak i wtedy, gdy odmawia zarżnięcia kurczaka - bo za bardzo przejmujący. Płacze rzewnymi łzami nieraz. Jest cały na wierzchu, niezdolny do żadnego udawania.

Jest w postaci granej przez Kowalskiego pewna dwoistość, która kto wie, czy nie zdecydowała o sile komicznej Pawlaka. Z jednej strony to nieomal przykład patriarchy: trzyma ziemię, scala rodzinę. Prawdziwy chłop-żywiciel, obraz tężyzny. Ale z drugiej strony nietrudno doszukać się w nim kompleksu niższości. Stąd agresywność, nieufność, wynajdywanie sobie wrogów. Stąd ciągłe podejrzenie, że jego godność może być narażona na szwank. Tajemnicę duszy Pawlaka ujawnia jego ulubiona maksyma, którą powtarza w każdym filmie.

W Ameryce powiada:

- Polacy nie dzielą się na krajowych i zagranicznych, ale na mądrych i głupich. My mamy swojego Celsjusza, a u was coś tam na ef!

W rodzinnej wsi:

- Oj kiedy wam zaświta historyczne myślenie, że Polacy nie dzielą się na kresowych i resztę, tylko na mądrych i głupich!

Na co żona dodaje ostrożnie:

- Żeby my tylko na tych drugich nie wyszli.

Typowość komedii o Kargulu i Pawiaku jest solidnie podbudowana autentyzmem, opiera się na doświadczeniu życiowym trzech głównych twórców: Sylwestra Chęcińskiego, Andrzeja Mularczyka i Wacława Kowalskiego.

Na pewno, bohater ich komedii ma coś z Zagłoby, jeszcze więcej z wiechowskiego cwaniaka, ale przede wszystkim - „prototypem Pawlaka jest mój stryj” - jak zdradził w jednym z wywiadów Mularczyk. Chęciński ze swej strony zaświadcza, że rozmaite egzotyczne szczegóły powojennego życia na ziemiach zachodnich, zawarte w „Samych swoich”, są w większości prawdziwe, znane mu dobrze z dzieciństwa. Była plaga myszy i był katastrofalny brak kotów, i były konie z UNRRY. Sam Kowalski przy innej okazji ujawnił, że mowa zabużańska, którą tak wirtuozersko włada, jest jego rodzinną mową.

Żywiołem komedii Chęcińskiego jest język. O ile w „Samych swoich” przeważały jeszcze gagi sytuacyjne, to w następnych filmach najśmieszniejsze są komentarze Pawlaka do tego, co się dzieje. Scenopis czyta się chwilami jak współczesną wersję „Rozprawy między panem, wójtem a plebanem”. Z tym, że język pański jest reprezentowany przez telwizyjno-gazetowy żargon mechanizatora Zenka.

W „Kochaj albo rzuć” Polacy mówią aż czterema językami: angielskim, polsko-chicagowskim, zabużańskim i oficjalno-telewizyjnym. W literackiej warstwie film jest najciekawszy, najbardziej odkrywczy, tu zawierają się czytelne tylko dla polskich widzów podteksty. Pawlak od czasu do czasu rzuca widowni porozumiewawcze zdanie, posługując się znanym jej kodem, który nie wymaga nawet przymrużenia oka, aby był zrozumiany właściwie:

- W Ameryce gwałcą we czwartki.
W poniedziałki kidnaping.

Zarzucano Chęcińskiemu (zwłaszcza po filmie „Nie ma mocnych”), że próbuje karkołomnego zadania: stworzyć komedię afirmatywną, a jednocześnie „dla ludzi”, że za wiele się tam mówi z jednej strony o potrzebie mechanizacji, a z drugiej zaraz o zagrożeniu środowiska. Warto jednak pamiętać, że ta komedia na cztery lata przed obecną falą reportaży interwencyjnych, brała w obronę starego „nieproduktywnego” chłopa, któremu urzędnik bezceremonialnie grozi odebraniem ziemi.

Zawsze w komedii razi widza slogan podany bez cudzysłowu, ale Pawlak i Kargul nie mają widowni do zakomunikowania żadnych morałów. Pawlak, jak przystało na bohatera komedii, jest przedrzeźniaczem, a nie tubą. Ma swoją mądrość, choć jej nam do końca nie wyjawi. Widz pomijał perory mechanizatora Zenka o nieprzydatności konia i możliwości zdobycia traktora, ważny był dla niego truchcik Pawlaka i ponure spojrzenie Kargula (Władysławowi Hańczy przypadła pozornie mniej ważna rola wiecznego antagonisty, ale pamiętajmy, że to Kargul jest racją bytu Pawlaka).

W podstawowej, także dla komedii, warstwie psychologicznego prawdopodobieństwa filmy Chęcińskiego są niezawodne.

Tadeusz Sobolewski