Archiwum

„Wokulski to właśnie sam Prus”

Kończący się właśnie serial według „Lalki”, w realizacji Ryszarda Bera, wywołał ogromną falę zainteresowania zarówno powieścią, jak i jej autorem, Bolesławem Prusem. Zamieszczony przez nas szkic jest odpowiedzią na liczne listy czytelników. 

„Literatura nie jest stosem bibuły - ale cudowną panoramą, w której można widzieć obrazy wszystkiego, co ludzie kochali, pragnęli, podziwiali...”.

(Bolesław Prus o zadaniu pisarza)

„Kiedyś powieści jego będą przyczynkami o charakterze naukowym; jak Dickens w Anglii. Balzac we Francji, tak Prus u nas stanie się świadectwem, natury historycznej, świadectwem, które dalekim pokoleniom opowie, jak ludzie żyli życiem powszednim w Polsce w drugiej połowie wieku XIX”.

(Ludwik Krzywicki o Prusie)

„Prus nie ma biografii, należy do najszczelniej zakonspirowanych pisarzy” - stwierdził Boy. Rozszyfrujmy nieco tę konspirację. Bowiem wieloletni przyjaciel pisarza, publicysta Adam Breza, powiada krótko: „Wokulski to właśnie sam Prus. Niewątpliwie!”

„...ani żyć
z uśmiechem, ani ginąć
z honorem”


„Co uważam za piękne? Poświęcenie dla osób ukochanych. Wspieranie nieszczęśliwych. Panowanie rozumu i serca nad instynktem i nałogami. (...) Miłość czysta”. To nota z zapisków dwudziestodwuletniego Aleksandra Głowackiego.

Oboje rodziców stracił jako dziecko. Miał tylko brata. Leona. Do niego był adresowany pierwszy utwór poetycki trzynastolatka bez interpunkcji i dużych liter, ale za to z czternastoma bykami ortograficznymi. Leon Głowacki - według kronikarza powstańczego, Przyborowskiego, był to „...wychowaniec Uniwersytetu Kijowskiego, przesiąknięty na wskroś rewolucyjną atmosferą tej szkoły, która wydała najczerwieńszych (...), chłopoman, radykał z przekonań, ale cichy, małomówny, skromny (...) Kulawy, szczupły (...) miał jednak wiele odwagi gardzącej wszelkimi niebezpieczeństwami...”.

Oto mistrz młodości Prusa.

Jesienią 1862 obaj bracia znaleźli się w Kielcach. W „Aktach miasta Kielc” znalazłam nazwisko solidnego mieszczanina przy Starym Rynku zamieszkałego. Nazywał się... Wokulski.

W gimnazjum kieleckim Leon Głowacki wykładał m. in. historię Polski. Następnego dnia po wybuchu powstania - jak wspomina kolega Prusa - „pierwsza lekcja miała być u nas łaciny (ale) Głowacki (późniejszy Prus) zawołał: - Moi kochani, teraz nie czas na Eneidę”.

I wszystkie książki wpakował do pieca. W kilka dni później już walczył.

O udziale Aleksandra w powstaniu styczniowym wiedziano więcej niż o „uniesieniach młodości”, które zaprowadziły na Sybir Wokulskiego. Ale - niewiele więcej.

Był w oddziale „Dzieci Warszawskich” pod dowództwem Żychlińskiego. Latem 1863 przeprawili się Wisłą „śpiewając chórem naszego Mazurka” - a „po upływie kilkunastu minut ujrzeliśmy ułanów, uwożących na trzymanej przez siebie desce okrytego ranami i broczącego we krwi naszego dowódcę!”.

Jesienią młody Głowacki będzie już walczył jako „podoficer od prochu” w podlaskich oddziałach Bończy i Krysińskiego, 1 września nieprzyjaciele podejmą go z pobojowiska pod Białką, oślepionego prochem, nieprzytomnego. Więzienie odsiedzi dwukrotnie. Przed Sybirem ocali go wiek. Miał szesnaście lat.

Z gimnazjum siedleckiego napisze 16 X 11 1863 r, że „gdy pewne dość rumiane rzeczy wylazły mi bokiem”, gdy „bez mowy i rozumu dostałem się do szpitala”, przekonał się, iż „tylko mam już przed sobą naukę (...), daj tylko Boże, żeby znowu jaki diabeł nie zakręcił mi ćwieków we łbie...”. W dwa lata potem napisze do przyjaciela z kieleckiej ławy, Mścisława Godlewskiego: „Ja, dawny ja, pochowany jestem razem z nadziejami moimi pod Białką, skąd drugi ja wyniósł dwumiesięczne szaleństwo, zwątpienie w tego rodzaju zabawy i kalectwo”.

Jakże gorzka i spokojna tych słów rezygnacja kontrastuje z tragicznym napięciem listu do tegoż Godlewskiego z maja 1863: „... słowa Brata »może się już nie zobaczymy« wtrąciły mnie w jakiś dziwny odmęt (...) Koło mnie (...) ciemno jak w grobie, przyszłość tak dawniej jasna - dziś tylko przy blasku łez jest dla mnie widzialną (...) List ten (...) kto wie, czy nie będzie ostatnim ode mnie, a jeżeli (...) nie odbierzesz ode mnie wiadomości, to pomódl się za Twojego przyjaciela, który zginął nieznany i nierozpoznany. (...) O, ziemio, jak strasznie i smutno na tobie...".

Brat Leon Głowacki, pełnomocnik Rządu Narodowego, po powrocie z misji specjalnej w Wilnie, przerażony okrucieństwami szalejącego na Litwie Murawiewa - popadł w obłęd. Nie uleczono go nigdy.

Zupełnie sam szedł Aleksander przez miesiące studenckiej nędzy. „A harda to zawsze była sztuka. Mógł zginąć z głodu, a nikogo, nawet najbliższych, o pomoc nie poprosił". Koledzy przepadali za nim. Umiał wszystko. Dyskutować o Darwinie, głodować z humorem i tańczyć fandango. Rzuciwszy po dwóch latach Wydział Matematyczno-Fizyczny Szkoły Głównej, marzył o zawodzie mechanika-konstruktora. Pisze do kochanej kobiety: ,,Otóż jestem literatem! (...) nie myślę jednak robić sobie specjalności z tego rodzaju zajęcia (...) wstępuję na rok do fabryki...". Pracował w fabryce Lilpopa i Raua. W październiku 1872 w „Opiekunie Domowym" pojawia się po raz pierwszy podpis - Bolesław Prus.

„Herkulesem, który nieraz w swych Kronikach musiał obierać kartofle, zamiast skręcać głowy hydrom" - nazwie go Aleksander Świętochowski.

O Wokulskim mówi Prus, że „wychował się i działał w okresie czasu, który zaczął się poezją, a skończył nauką (...) zaczął się rycerskością, a skończył kapitalizmem...". Były to bowiem „czasy pośrednie między sielanką i bitwą, kiedy ani żyć nie można z uśmiechem, ani ginąć z honorem, tylko - pracować, pracować i pracować, jak gromada zasypanych ziemią górników, dla których jedyną nadzieją i troską jest zobaczyć światło...". To samo można powiedzieć o autorze „Lalki".

Kto jest „lalką”?


Zaproszony przez pismo „Kraj" do prowadzenia działu krytycznego, Prus odpowiada: „wolę napisać kilka powieści z wielkich pytań naszej epoki...". W „Notatkach o kompozycji" pojawia się uwaga: „Temat. Posądzenie młodej wdowy o kradzież lalki dla córeczki. Świadectwo kupca (Gaz. Pol. 9 II 1887 r.)".

W „Gazecie Polskiej" istotnie znaleźć można sprawozdanie „Lalka w sali sądowej" pisane charakterystycznym stylem epoki. Jest tedy „wysmukła młoda kobieta, na której zajmującym obliczu widać ślady wielkiej boleści", jest „złotowłosa dziecina”, jest opis chwili, gdy „niewinność młodej wdowy została świetnie udowodniona, Klarcia, łkając, zawinęła w chusteczkę szczątki swej ulubienicy, a świadek D. wziął dziecinę za rękę i rzekł: Pójdź, mój aniołku, w zamian za swoją lalkę możesz sobie u mnie wybrać najpiękniejszą".

Z tej podniosłej relacji sądowego sprawozdawcy zrodził się niewątpliwie wątek pani Stawskiej.

„Panna Izabela nie jest »lalką« (lalką jest lalka Heluni Stawskiej)" oświadcza sam autor.

29 września 1887 roku „Kurier Codzienny" rozpoczyna druk powieści. Jednak pan Bolesław przecenił swoje siły. Nie jest Sienkiewiczem rzucającym „Trylogię” z odcinka na odcinek. W druku następują przerwy. Zniecierpliwieni czytelnicy szturmują redakcję.

Stąd zrodzi się żartobliwe powiedzonko Prusa: „Kto Lalkę przeżył - wiele przeżył”, któremu potem tradycja przypisze zupełnie inne znaczenie! Tak jak i tytułowi.

„Stary romantyk Rzecki (...) całymi godzinami przypatruje się z uwagą martwym lalkom, wykonującym bezmyślnie ludzkie ruchy (...) I przychodzą mu wtedy na myśl refleksje, że ten mały światek zabawek dziecinnych (...) podobny jest do wielkiego żywego świata ludzi - pisze Kazimierz Ehrenberg. - Najwięksi, najgenialniejsi, najlepsi - to tylko lalki ponakręcane jak gdyby na żart... I jedną z takich lalek, stanowiących igraszkę losu, jest bohater powieści".

„A przecież - gdybyż wszyscy wiedzieli, jak ta Lalka powstawała! W Nałęczowie, w dawnym pałacu Małachowskich, był mały pokoik o gotyckim sklepieniu, z mocną kratą żelazną w oknie (kiedyś widocznie była tu kasa), które zasłonięto do połowy (okno było niskie) - aby Dziadzio mógł w tym pokoiku »nie być starannie oglądanym przez białogłowy« - zieloną, sukienną firanką... Na słomiance przed oknem legiwał stale jakiś przybłęda - pudel o jednym oku (...)

Mieszkał też wonczas w ostatniej willi w Alei Lipowej samotny stary kawaler sam sobie usługujący i nie szukający towarzystwa - niejaki Bagieński - oficer węgierskiej piechoty. Prus go odwiedzał...".

Oto wiarygodna relacja dr. Konrada Chmielewskiego, brata przyrodniego Oktawii Żeromskiej (Madzi z „Emancypantek”!). Mamy tedy pudla Ira i pokój pana Ignacego Rzeckiego, a także jego samego. Znawcy przedmiotu będą wspominali także „starego kawalera o nieskazitelnym charakterze” - Bolesława Morskiego ze sklepu przy Miodowej. Sam Prus powie: „Znałem osobiście sporo ludzi bez porównania dowcipniejszych od Rzeckiego, było pomiędzy nimi trzech eks-wojskowych, jeden rzemieślnik, a zarazem właściciel posesji, jeden subiekt handlowy, paru lekarzy itp...".

Lekarz Szuman (moje najniższe ukłony panu Boruńskiemu) też ma niejeden rodowód. „Ten dziwak z Lalki to dobry nasz znajomy, Żyd z pochodzenia, który leczył mnie jeszcze, gdyśmy mieszkali na Twardej. Kochał się romantycznie w jakiejś panience, Polce, która umarła na suchoty” - oto relacja Oktawii Głowackiej, żony. Inna wersja powiada, że był nim doktor Słonimski, ojciec Antoniego. „Opowiadał nam kiedyś Prus, że służył mu po części za wzór do postaci dr. Szumana w Lalce i że zawdzięcza mu dowcip, którego użył w jednej z »Kronik tygodniowych«, mianowicie, dlaczego w innych krajach mieszkańców nazywają »citoyen«, »Bürger«, »grażdanin« itd., a w Polsce noszą miano »obywateli«. Bo - rzucił Słonimski - Polacy muszą się obywać bez wielu rzeczy".

„Ochocki to oczywiście Ochorowicz" - informuje żona pisarza. „Uwiecznił Prus Ochorowicza w powieści Lalka - typem Ochockiego" - sekunduje jej Jan Wantuła, „prosty chłop i hutnik", pisarz Cieszyńskiego Śląska.

Nawet imię mu dał to samo - Julian. Z tym docentem psychologii i filozofii przyrody przyjaźnił się Prus od gimnazjalnych lat w Lublinie, gdy jeszcze razem pisywali wiersze...

Potem razem debatowali o przyszłości świata...

„W roku 1885 mocno zajmował mnie fantastyczny temat: Co by się stało na świecie, gdyby wynaleziono metal... lżejszy od powietrza?" - notuje Prus. „Tytuł owej powieści miał być »Sława«, akcja zaś miała odbywać się w Paryżu. U nas bowiem, jak wiadomo, nie rodzą się wielkie wynalazki (...) Zdawało mi się, że pierwszą powieścią, jaką napiszę po Lalce, będzie »Sława«”.

Przyjaciele pisarza podkreślają wręcz „uwielbienie autora »Lalki« dla »wielkich wynalazków«. Prus - jak Wokulski - wyobrażał sobie, że każde nowe odkrycie czy wynalazek uszczęśliwi ludzkość... Nie tylko ludzkość, ale i coś o wiele ważniejszego i większego, bo samą ojczyznę na nowe popchnie tory...".

Kto zaczarował Wokulskiego?


„Skwaśniały malkontent, kończący tragiczną śmiercią zrozpaczonego”, „nieuleczalny maniak”, „chorobliwie niedołężny i niepoprawny mazgaj", „kołowacizna miłosna”, „bywa romantykiem, pozytywistą, wizjonerem, ale nie człowiekiem...”.

Oto mizerna w proporcji do ilości przygarść inwektyw, jakie można wyczytać w opiniach o Stanisławie Wokulskim u współczesnych Prusowi Świętochowskich, Bogusławskich, Chmielowskich. Na nieśmiałe napomknienie Rzeckiego - „mnie się zdaje, że jest to człowiek skrzywdzony przez społeczeństwo...” - parsknie Piotr Chmielowski: „...społeczeństwo chyba nic temu nie winno, że się zaślepił względem panny...”.

Panowie bardzo nie lubią Stanisława Wokulskiego! A raczej - jego uczucia rozsadzającego ramy „pozytywnego” świata, w którym im żyć przyszło.

Żartował Prus: „Pewien tutejszy autor napisał kilka lat temu powieść pod tytułem »Figa z Makiem« czy też »Dziura w Moście« (...) najniecierpliwiej dowiadywano się (...) czy Dziura ożeni się z Makiem, a Figa z Mostem? (...)

Gdyby z góry było wiadomo, kto się z kim ożeni (...) powieść polska nie miałaby czytelników”.

„Wokulski obwinia poezję romantyczną” - dziwi się Chmielowski.

- „Takie deklamacje są właściwe w ustach młodzieniaszka-marzyciela (...) U takich ludzi, jak Wokulski, są one dziwacznym, melodramatycznym wy krzykiem”.

Skąd siła, świeżość, napięcie tego uczucia u czterdziestoparoletniego kupca? Wokulski pochodzi z pokolenia, którego młodości patronowała pieśń Mieczysława Romanowskiego - Baczyńskiego powstania styczniowego:

„Co tam marzyć o kochaniu
O bogdance, o róż rwaniu...
Szczęście, dola? później może...”

Nie było ni doli, ni szczęścia. Trwał tylko potężny romantyczny mit kobiety-niebianki.

„Teraz już wiem, przez kogo jestem tak zaczarowany! (...) Zmarnowaliście życie moje... Oto skutki waszych sentymentalnych poglądów na miłość” - woła Wokulski. Mickiewicz marzy o Maryli słowami Goethego, Wokulski o Izabeli słowami Mickiewicza. Gustaw w IV części „Dziadów” ciska książkę - „ogień i łzy Wertera", Wokulski ciska „Sonety do Laury”. „...Lecz je podniesie - ze czcią dla «spiżowego Litwina», który «o ludzkim sercu mówi jak człowiek do ludzi»”.

Ochorowicz żartobliwie wspomina lubelsko-gimnazjalne czasy, gdy „patria trzeźwa”, na której czele stał Głowacki, lekceważyła poetów jako rozkrzewiaczy sentymentalizmu i marzycielstwa...”.

„Rolety obstalowałem i płótno kupiłem (...) Portiery nie będzie, chcą zbyt drogo (...). Jutro mycie podłóg i zaprawianie. Boże, ulituj się nad grzesznikiem! (...) Rs 15 na część bielizny posłałem (...) A propos. Kiedy nasz ślub naprawdę? 13 czy 14?”. To fragment listu przedślubnego do narzeczonej Oktawii z Trembińskich. Żadnych tam romantycznych wzdychów. Poznali się, gdy on miał lat 18, ona 17.I od tej chwili - „należymy do siebie i basta”. Czekali na siebie lat dziesięć.

Miłość burzliwą i dramatyczną przeżyje Bolesław Prus dopiero w kilka lat po napisaniu „Lalki”. A jednak - krytycy współcześni utworowi są najzupełniej zgodni w twierdzeniu, że „Wokulski jest tą postacią, którą Prus kocha najbardziej ze wszystkich swoich bohaterów”. Krytycy po latach, jak Nałkowska, podkreślą nawet, że ta „solidarność autora z bohaterem jest niekiedy aż rewoltująca...”.

Czymże być musiała dla tych, którzy znali autora! „... i spotykam... Prusa. Idzie sobie bardzo wolno, laskę trzyma w obu rękach i patrzy zza okularów (...) Włosy siwiejące, futro rozpięte, wielkie kalosze zabłocone po literacku. Niepozorna taka kreaturka - a to Prus! (...)

Taki niezdara, podobny do Gogola, w popielatym surducinie, z dwiema parami okularów! Pisze tak cudowne rzeczy!"

To młody Żeromski, który nazywał Wokulskiego „abstrakcją”, jakby nie dostrzegając paraleli między tym „romantykiem pozytywizmu” a samym sobą - „romantykiem w kapeluszu pozytywisty”. Lecz słowa: „To są moi - ci, którzy leżą tam, na śmietniku!” Któż je mówi? Judym czy „wysoce bajeczny", w ocenie autora „Ludzi bezdomnych” - Wokulski?

Kim jest Izabela?


„Izabela jest to w gruncie bardzo miła i dobra panienka, zepsuta nieco dzięki swej atmosferze, obdarzona wykwintnym smakiem estetycznym i która lęka się nędzy tylko przez poczucie estetyczne".

Krytycy, tak dla Wokulskiego nielitościwi, wyraźnie bronią panny Izabeli. Srogi Chmielowski obwini ją tylko o „pewną mglistość fizjonomii duchowej”. Świętochowski wręcz zaatakuje Prusa w obronie „miłej panienki”:

„Kreśląc pierwsze rysy charakteru Izabeli, Prus był pod natchnieniem szczęśliwego pomysłu, chciał przedstawić istotę delikatną, przesłoniętą od świata obłokami swojej sfery (...) później (...) zmienił ją na bezduszną «lalkę», która szuleruje oczami i ustami...".

Młody Kazimierz Ehrenberg, student filozofii i literatury polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, później znany dziennikarz, powiada wręcz: „Jest to osoba nawet do pewnego stopnia rozumna i nie bez pewnych szlachetnych porywów, spaczona tylko nienormalnym, niezdrowym, egzotycznym wychowaniem...”.

Kobiety będą jednak nieprzejednane. Waleria Marrene, nazywając panną Łęcką „bardzo prawdziwą, a niesympatyczną” oświadczy krótko: .... trudno jej przebaczyć, iż zmarnowała takiego człowieka jak Wokulski...”.

„Nie można się dziwić, że ona go nie kocha - perswadował Antoni Lange - choć zdaje się czasem, że autor ma o to pretensję do swej bohaterki”.

Autor nie pozostawia żadnych wątpliwości co do swych intencji. „Panna Izabela jest fizjologicznie kobietą zimną, a w wyobraźni Mesaliną, która jeżeli nie fizycznie, to przynajmniej duchowo oddaje się każdemu mężczyźnie, który się jej podoba: wynalazcom, wodzom, skrzypkom i cyrkowym atletom. Dopóki miała majątek, uważa się za bóstwo; zbankrutowawszy, gotowa była sprzedać się każdemu, kto zapłaci...”.

Oktawia Głowacka indagowana przez dziennikarzy twierdziła stanowczo, że „Kobiet z arystokracji mój mąż nigdy nie znał osobiście...”.

A przecież - jak po latach napisze Boy - przedtem „nikt tak nie wyczuł i nie pokazał luksusowej kobiety w jej uroku czysto fizycznym, w magii jej zbytku i pokusy, w kaprysie jej pragnień, szeleście jedwabi, zapachu perfum i włosów” - jak niepozorny Bolesław Prus, nazywany „Dziaduniem”.

Dlaczego zapłakał?


Tu kontrowersji nie ma. Wszyscy nazywają go „najsympatyczniejszym”, „świetnie nakreślonym”, „najbardziej jednolitą postacią romansu”, nawet Świętochowski dowodzi, że pan Rzecki „tętnami swego serca przypomina ziemię”... Zgodni są też wszyscy w mniemaniu, że „pamiętnik starego subiekta pisany z humorem i dobrotliwością” - nosi te wszystkie cechy, które charakteryzują samego Prusa -....jest to obserwator życia maluczkich, z delikatnością kobiecą i męską trafnością sądu, gorycz łagodzący humorem a la Dickens, bez szarży dowcipny...”.

Tylko jedna jedyna osoba miała do Prusa „osobistą za Rzeckiego pretensję...”. Porucznik kampanii węgierskiej Zygmunt Miłkowski, bardziej znany jako Teodor Tomasz Jeż. „...tego nie rozumiem, jak się mógł spośród nas wziąć bałwochwalca idei napoleońskiej? Nie przyświecała już ona młodości naszej (...) Inna nam przewodniczyła gwiazda...".

I gdy obaj panowie spotkali się osobiście w Rapperswilu (zresztą u przyszłego autora „Popiołów”) - Jeż te zarzuty Prusowi powtórzył... Wieczory przegadali. Jeż wspominał Bema, Dembińskiego, Józefa Wysockiego. Bitwy, zwycięstwa i klęski. Prus „słuchał, słuchał, słuchał”. Żegnając się - „objął mnie i zapłakał. Dlaczego?”

Może „non omnis moriar”?


Swe zwycięstwo odniósł Prus-Wokulski po latach. Jak zwykle.

Stanisław Brzozowski pisał „o tragedii tej najbardziej posągowej postaci, jaką nowoczesna literatura polska stworzyła”. Boy-Żeleński nazwał Wokulskiego „Konradem, który około pięćdziesiątki stał się Gustawem (...).

To jest dosłownie pierwsza miłość z całym kwiatem jej wzruszeń, złudzeń, nawet niezręczności i naiwności. Ten wzgląd czyni »Lalkę« prawie unikatem i daje miarę samodzielności i odwagi artystycznej jej twórcy”.

Nałkowska scenę powrotu Wokulskiego nocą, po odejściu pociągu uwożącego Izabelę ze Starskim nazwała „...wstrząsającym siłą namiętności i męki miłosnej arcydziełem”. Maria Dąbrowska orzekła, iż „jest pierwszym w prozie polskiej «romansem» na wielką miarę, napisanym z siłą, pasją, ze zdumiewającym znawstwem psychologii uczuć, a przecież po stendhalowsku męsko, dyskretnie, oszczędnie, bez krzty sentymentalizmu (...). Że nie godzimy się na miłość Wokulskiego, że nas ona, budząc współczucie, zarazem irytuje, męczy i drażni, to tylko świadectwo niepapierowości tego nieszczęśliwego romansu”.

Jan Lechoń porównał Wokulskiego „łamiącego swą indywidualnością wszystkie ramy społeczne” - do bohaterów Conrada!

„... ten Wokulski, któremu jak Conradowi brakło powietrza w kraju, zdolny jak ludzie Conrada unieść najwspanialsze przeznaczenie i jak oni łamiący je u stóp kobiety - czyż to nie jest opowieść o jakimś bohaterze «Zwycięstwa » czy «Ocalenia» przez ironię zagnanym do warszawskich salonów?”.

Zrodził też kupiec galanteryjny z duszą romantyka potomstwo poetyckie (wiersze o „Lalce” zestawił w swej znakomitej antologii prof Henryk Markiewicz). Stefan Godlewski wędrując z cyklem sonetów „Śladami Wokulskiego” ulicami Warszawy precyzował miejsca akcji - „pod czarem prozy Prusa i nocy gwiaździstej”.

Gdy „w Londynie pod bombami” wracali poeci wspomnieniem do „miłej Warszawy Prusa”, w obozie koncentracyjnym umierała Henryka Łazowertówna, autorka wiersza „Wokulski”.

„Może non omni moriar! a może umarłem?
Może się jeszcze palę w ludzkich dusz iskierce?”

Barbara Wachowicz