Archiwum

Ironia Katharine Hepburn

W dorobku artystycznym Katharine Hepburn można znaleźć kreacje rozmaite - od rozbrajająco groteskowych aż po utrzymane w tonie niemal tragicznym. Zawsze jednak dominuje w nich element niezgody na określoną sytuację historyczną, na zachowanie się i poglądy partnerów.

Nie kto inny jak właśnie Katharine Hepburn zagrała w filmie Johna Forda „Maria Stuart” postać tragicznej królowej szkockiej, owianej zresztą legendą męczennicy. Mimo że w dorobku reżysera nie jest to utwór znakomity, aktorce udało się przecież uczynić Marię Stuart kobietą żywą, racjonalnie myślącą, którą określone warunki historyczne doprowadzają do tragedii. Tkwi w tak kreowanej postaci element buntu i niezgody wobec przeciwności losu, ale także i stopniowa rezygnacja wobec prawdy, że siła i przemoc Elżbiety, królowej Anglii, prowadzi nieuchronnie do zagłady.

Maria Szkocka zostaje pokonana, zwyciężają jednak nie argumenty jej przeciwniczki, lecz racje historyczne, jakie reprezentuje: wyniosą ją one wysoko, choć wcale nie jest do tego lepiej predysponowana. Irlandczyk Ford akcentuje tu silnie antagonizmy religijne, które będą się ciągnęły poprzez wieki, aż do czasów dzisiejszych i odezwą się w okrutnych akcjach terrorystycznych, pochłaniających setki istnień ludzkich. W późniejszych latach Katharine Hepburn raz jeszcze, w „Lwie w zimie” Anthony Harveya, zagra postać królowej, żony Henryka II, ale będzie ona zabarwiona przebiegłością i ironią, tymi więc elementami, które aktorka szczególnie lubi - czuje się wtedy najlepiej.

A zaczęło się właściwie od niewinnych „Małych kobietek” George Cukora, w których - obok innych partnerek - Katharine, piegowate dziewczę z zadartym noskiem, zdaje się nie prezentować nic poza pensjonarskim szczebiotem. Dla nie wtajemniczonego widza mogło się wydawać, że narodziła się jeszcze jedna z serii gwiazdeczek o niezbyt mądrym usposobieniu, której główną zaletą będzie wdzięk „pierwszej naiwnej”. Katharine Hepburn szybko jednak potrafiła poskromić scenarzystów i reżyserów, wykazać im, że nieobca jest jej ironia, złośliwość, która przenicuje każdy nieodpowiedni dla jej charakteru tekst. Widać to już wyraźnie choćby u Howarda Hawksa w „Drapieżnym maleństwie”. Aktorka występuje tu w roli zwariowanej i nieodpowiedzialnej pannicy z dobrego domu, która nieustannie naprzyksza się biednemu acz dobrze zapowiadającemu się archeologowi - czyli Cary Grantowi. Główny problem polega na tym, że bohaterce umyka z domu tresowany lampart i trzeba go złapać, zanim powstanie groźne zamieszanie. Reżyser prowadzi tak akcję, że panika przeradza się w kataklizm i zabawy jest sporo, bo obok tresowanego lamparta pojawia się lampart krwiożerczy, uciekinier z cyrku, w którym niezbyt dobrze się nim opiekowano i w którym nie mógł już wytrzymać. Łatwo zrozumieć, jakie teraz powstają komiczne qui pro quo; nie wiadomo tylko, czy należy śmiać się z groteskowych sytuacji, czy też współczuć bohaterom niepewnym swojego życia. Ze wszystkich opresji zwariowana pannica wychodzi obronną ręką. Co więcej: potrafi wykazać się takim sprytem i rozumem, że i naukowcowi niezgule nic złego się nie przydarzy. Może potem spokojnie układać sobie, kosteczka po kosteczce, gigantycznego dinozaura w muzeum, tylko że gdy szkielet będzie gotów, pannica doprowadzi do piramidalnej katastrofy. Spoglądając na rozwalające się kostki piegowata dziewczyna nie uśmiecha się rozbrajająco naiwnie, lecz dziwnie szelmowsko.

To właściwie jest cały styl Katharine Hepburn. Żonglowanie na krawędzi niemożliwego z możliwym, naiwności i przekory, a z tego wszystkiego wychodzi, że aktorka wywiodła w pole partnerów, scenarzystów i wreszcie postacie, które z talentem zagrała. U podstaw jej sukcesu leży ciągła niezgoda na zastane schematy. Pozwala ona w końcu kreować aktorce sylwetki kobiece niepodobne do siebie, od ekspedientek po królowe, ale zawsze czuje się wytworne maniery i gest kogoś, kto doskonale umie zachować się w każdej, nawet najbardziej skomplikowanej sytuacji.

Klasycznym tego przykładem jest „Afrykańska królowa” Johna Hustona. Katharine Hepburn gra wytworną damę angielską z misji, której zagraża niebezpieczeństwo. Toczy się I wojna światowa, obejmująca swym zasięgiem terytorium Afryki. Niemcy atakują. Katharine zabiera z misji rozklekotana barka Humpreya Bogarta. Kontrast postaci jest niebywały. Wytworna dama naprzeciw brudnego, niechlujnego kapitana - pijaczyny cierpiącego na niestrawność i bóle żołądka. We dwójkę dziwna para wyrusza w podróż i teraz biednemu wilkowi słodkowodnemu dostaje się co niemiara. Jest bezustannie terroryzowany przez kobietę, która popisuje się swymi salonowymi manierami, cokolwiek już przestarzałymi, a już żadną miarą nie przystającymi do wodnych podróży. Hepburn gra rolę starszej pani na granicy przerysowania, groteski. Powstaje zdumiewający melanż przesadnych gestów i poważnych intencji z zadziwiającym brawurowym obrazkiem obyczajowym. Starsza pani wytwornie siedzi na przewróconej skrzynce i ujmując główki butelek dwoma paluszkami wyrzuca cały zapas whisky do wody. Ma się rozumieć - nie pierwszej świeżości parasolka osłania delikwentkę przed zgubnym działaniem gorących promieni słonecznych.

Katharine Hepburn nigdy nie wahała się przed przyjęciem ról kobiet brzydkich lub starych. Narzucała im jednak swój wewnętrzny blask, który czynił je wzruszająco prawdziwymi - kiedy trzeba śmiesznymi, kiedy trzeba poważnymi. W takim przerysowaniu jednak nigdy nie przekraczała bariery dobrego smaku i wiarygodności. Jest to widoczne choćby w dość ryzykownym dramacie „Nagle, ostatniego lata” Josepha L. Mankiewicza, gdzie problemy psychologiczne obsuwają się niekiedy w rejon niezamierzonej groteski. Elizabeth Taylor w roli młodej mężatki, która odkrywa homoseksualne skłonności swego męża, jest histeryczna i pełna emfazy. Hepburn gra natomiast na miarę problemu: w miarę z dystansem, w miarę przekonywająco. Jej rozmowy z lekarzem (Montgomery Clift) stają się dzięki temu istotne, ważne, zapowiadają przejmującą tragedię.

Znakomicie wypadł udział Katharine Hepburn u boku Spencera Tracy w filmie „Morze trawy” Elii Kazana. Bohater jest człowiekiem okrutnych, pruderyjnych zasad. Jego żona, dusząc się w atmosferze nietolerancji, popełnia tragiczny w skutkach błąd. Ma przelotny romans z mężczyzną dobrodusznym, wyrozumiałym, cokolwiek jednak egoistycznym. Z tego związku rodzi się dziecko, które później mąż uznaje, lecz wyklina kobietę. Hepburn gra swą rolę nie do końca dosłownie. Mniej w niej boleści, zapamiętania, więcej zaś przewidywań narastającego niebezpieczeństwa które nieuchronnie zniszczy całą rodzinę. Jest w tej postaci silny element racjonalnego myślenia, mądrość życiowa, nie będąca jednak w stanie przełamać zapiekłych przesądów. Aktorka nie broni kobiety, którą gra, ukazuje ją w całej złożoności. Z jej błędami i porażkami. Legły one u podstaw przyszłych losów jej dzieci.

Bardziej ironicznie, z większą domieszką groteski zagrała Katharine Hepburn podobny typ kobiecy w filmie „Zgadnij, kto przyjdzie na obiad" Stanleya Kramera. Problem jest równie poważny: przenikający społeczeństwo amerykańskie dramat nietolerancji i rasizmu. Córka oznajmia w domu, że niebawem przedstawi swego narzeczonego. Poruszenie jest ogromne, rodzice z niecierpliwością oczekują wizyty młodziana. Właśnie ma przyjść na proszony obiad. Jakież jest jednak powszechne zdumienie i przerażenie, gdy okazuje się, że córka wybrała na męża kolegę - Murzyna. Natychmiast tato zaczyna dowodzić, że się to nie godzi, że to prawdziwy mezalians. Pół biedy z ich pożyciem. Dadzą sobie radę z pośmiewiskiem otoczenia. Po cóż jednak mieszać w tę tragedię niewinne dzieci, które się narodzą i których nikt nie pyta, jakiego chciałyby być koloru.

Wtóruje tym pokrzykiwaniom matka, choć może już z mniejszym przekonaniem. Kramer na tym jednak nie poprzestaje. Pokazuje także stronę przeciwną. I cóż się okazuje? Czarni rodzice mają podobne wątpliwości. Zbyt świeża jest w ich sercach pamięć upokorzeń, jakich doznali od białych. Nie chcą mieć córki z innego środowiska, innej rasy. Problem jest niezwykle drapieżny i sugestywny, ale - jak to bywa często u Kramera - został w filmie uproszczony zeschematyzowany. Najciekawiej wypadła Katharine Hepburn, która grając matkę gołębiego serca nie tuszuje bynajmniej wszystkich wątpliwości. Występuje nie tylko przecinko swej bohaterce, osobie chwiejnej, ale nie mniej groźnej niż sfanatyzowany tatuś. Hepburn demaskuje drobnomieszczańskie poglądy kreowanej przez siebie postaci. Są one co najmniej równie niebezpieczne jak zdecydowany rasizm; w dodatku nigdy nie wiadomo, przeciwko komu w danym momencie mogą się obrócić i jaki przyniosą skutek.

W postaci matki z filmu Kramera Katharine Hepburn odsłoniła, jak się zdaje, do końca poglądy, jakie wyznaje w życiu prywatnym. Jest aktorką, która występuje przeciwko zakłamaniu moralnemu i obyczajowemu. W jej ironii kryje się zwykle sprzeciw wobec ciasno pojmowanych konwenansów, łamanie ich w imię samowyzwolenia i prawdy. Nic więc dziwnego, że tak doskonale wcieliła się w postać ciotki Augusty Baret, starszej pani z „Podróży z moją ciotką”, według powieści Grahama Greene'a. Kipi niebywałą witalnością i przysparzając ciągłych kłopotów siostrzeńcowi realizuje swą zasadę „pełni życia”.

Tak rozumiana ironia, dystans jest już nie tylko sprawą konwencji, ale filozofią, postawą wobec świata i ludzi.

Janusz Skwara