Archiwum

San Sebastian 78. Fasada i wnętrza

Pogoda dopisała i najstarsi bywalcy festiwalu nie pamiętają lepszej. To najważniejsze wydarzenie imprezy.

Gdy byłem w San Sebastian przed dwoma laty, miasto ogarnęła fala rozruchów. Tym razem przykładny spokój, nie licząc drobnych epizodów, jak napad na bank, dwie albo trzy bomby podłożone w mieście, lekka szarża nastolatków na policjantów i obrzucanie ich kamieniami.

Teatr Victoria Eugenia, gdzie odbywały się oficjalne pokazy, był otoczony od świtu do późnej nocy przez uzbrojone po zęby patrole. Niektórzy policjanci drzemali stojąc, inni udawali, że drzemią, pozostali taksowali każdego bystrym spojrzeniem. W rękach mieli pistolety maszynowe, palce trzymali na spustach, lufy kierowali na przechodniów mierząc gdzieś między serce a wątrobę. Kilka razy dziennie przechodziłem pod lufami, początkowo miałem nieprzyjemne uczucie, że któryś z uzbrojonych zbyt gwałtownie wyrwie się z drzemki i niechcący naciśnie spust; pocieszające było to, że 35 pocisków kalibru 9 mm z odległości 1 m powinno natychmiast i bezboleśnie rozwiązać wszystkie moje sprawy. Z czasem przyzwyczaiłem się i polubiłem to ryzyko, co więcej - dawało ono metafizyczny sens życiu, przymuszało do myślenia o wieczności. Nie przymuszała natomiast większość filmów oglądanych w San Sebastian do mniemania, że sztuka jest wieczna.

Koncepcja ramowa festiwalu była dobrze pomyślana, czuło się chęć wszechstronnego przedstawienia wydarzeń kinowych. Jednak szkopuł w tym, że brakło właściwych filmów, które intencje organizatorów zamieniłyby w fakty artystyczne.

Ogółem pokazano jakieś sto pięćdziesiąt filmów zgrupowanych w różnych sekcjach: konkursowej, informacyjnej, nowych twórców, kina kobiet, filmów nie wyświetlanych w Hiszpanii, tendencji narodowych, wreszcie w przeglądach handlowych. Z obfitości zrodziło się ubóstwo.

Dwie z tych sekcji, mianowicie filmów niewyświetlanych w Hiszpanii i tendencji narodowych, były właściwie przeglądami filmotecznymi dość przypadkowo zestawionej klasyki, od Wiertowa i Dowżenki poczynając. Być może spełniały one swoją rolę wobec widzów hiszpańskich, którzy tych filmów nie widzieli, przecież z samym festiwalem miały związek bardzo luźny i nie skoordynowany.

Trochę bardziej skomplikowanie przedstawia się sprawa „kina kobiet” jako wydzielonej części imprezy. Znów spory bukiet nazwisk i dzieł z ostatnich kilku lat, więc filmy Helke Sander i Chantal Akerman, Very Chytilovej i Márty Mészáros, Marguerite Duras i Agnes Vardy, Anji Breien i Łarisy Szepitko. Filmy znane, które obeszły różne festiwale, były też w rozpowszechnianiu. Od kilku lat należy do dobrego tonu, a nawet uważane jest za wyraz postępowości, organizowanie przeglądów kina kobiet. Sam jestem miłośnikiem tej części rodu ludzkiego, siłą rzeczy i tego, co kobiety robią lub robić pozwalają, przecież wydaje mi się, że w tego rodzaju manifestacjach jest jakaś fałszywa życzliwość, jakby ustępowanie placu słabszemu, pewnego rodzaju kinowe zoologium. Obojętne, czy reżyserem jest kobieta, czy mężczyzna, ważne, by film był dobry; to nadmierne lansowanie kina kobiet ma coś z wytwornej mizoginii. Zresztą, jeśli sprawy pójdą, jak idą, za jakieś dziesięć, dwadzieścia lat kobiety zaczną się rewanżować organizując przeglądy „kina mężczyzn”.

W pozostałych sekcjach, przede wszystkim oficjalnej i informacyjnej - „sami swoi”, to znaczy w większości filmy, które już były przedstawiane na innych festiwalach. Zawiodły, przynajmniej w znaczeniu poznawczym, pokazy handlowe. San Sebastian miało ładną tradycję, dawało wgląd w kino latynoskie; tym razem niewiele filmów z tego rejonu świata i mało ciekawych.

Przyczyny tego stanu rzeczy są wielorakie i złożone. Przede wszystkim zmieniła się dyrekcja festiwalu, dawne kontakty zostały zerwane, nowe jeszcze nie nawiązane. Po drugie: San Sebastian to jeden z ostatnich wielkich festiwali roku, po Berlinie Zachodnim, Cannes, Karlowych Warach i Locarno, więc do wyboru pozostały resztki. Nie od rzeczy wspomnieć, że dobre filmy nie rodzą się na kamieniu, a przy braku jakiegoś konkretnego profilu owa drugorzędność dawała się szczególnie we znaki.

Pałac Festiwalowy był jednak pięknie iluminowany, wchodzącym przygrywały baskijskie piszczałki, a chłopcy i dziewczęta w strojach regionalnych ustawiali się w szpaler.

Mimo braku dobrych filmów, mimo małej liczby aktorów, reżyserów i dziennikarzy zagranicznych były na festiwalu i momenty lepsze. Z kinematografii światowych wyróżnił się zestaw amerykański. Pierwszą nagrodę otrzymał film „Alambrista” Roberta M. Younga; to opowieść o meksykańskim najemniku, który nielegalnie przekracza granicę USA, żeby znaleźć sezonową pracę. Perypetie człowieka, który nie zna języka angielskiego, który jest wykorzystywany i wyzyskiwany. Film zrealizowany tradycyjnie, jego największą zaletą jest szczerość i bezpośredniość; w planie ogólnym ukazuje związki między ludnością kraju silniejszego ekonomicznie a słabszego; w planie szczegółowym to subtelne relacje między poszczególnymi postaciami. Bardzo ładnie i delikatnie zarysowano związki męskiej przyjaźni i wątek miłości między Meksykaninem a amerykańską dziewczyną. Mimo tradycyjności ujęcia i tematu, a może właśnie dzięki temu „Alambrista” i wzrusza, i pobudza do refleksji.

Dwa dalsze filmy amerykańskie miały swoje festiwalowe premiery w San Sebastian - to „Dzień wesela” (A Wedding) Roberta Altmana i „Wnętrza” (Interiors) Woody Allena. Ten pierwszy powstał na podstawie bardzo starannie wypracowanego scenariusza, sprawia jednak wrażenie swobodnej impresji dokumentalnej. W stylu przypomina wcześniejsze „Nashville”; brak jednego czy kilku głównych bohaterów, to portret zbiorowy pewnej społeczności. Punktem wyjścia jest ślub i wesele. Dwie rodziny i ich krewni z dwóch różnych środowisk. Życzliwa, niekiedy dramatyczna lub groteskowa panorama drobnych epizodów, dzięki którym poznajemy osobowość, charaktery i nawyki biesiadników.

Koncepcja Altmana zasługuje na uwagę. Jest to formuła dramaturgii otwartej, zdawałoby się, improwizacji, choć w sposób niepostrzegalny dla widza każdy szczegół jest najdokładniej przemyślany i opracowany. Portret zbiorowy lub obrazek rodzajowy - wszystko jedno jak zwać ten gatunek, przecież sugestywny i w swych rozwiązaniach bardzo nowoczesny, bo nie puentuje wydarzeń, lecz jakby je obiektywnie ukazuje dyskretnie nakierunkowując uwagę.

Inną formułę przyjął Woody Allen, choć i jego film jest o związkach międzyludzkich. Film bardziej literacki, nawet teatralny, tak z uwagi na jedność akcji i czasu, jak też obfitość dialogów. Melancholijne, może nawet rozpaczliwe przedstawienie żywota rodziny amerykańskiej. Od „Annie Hall” wesołek Woody Allen stawał się coraz smutniejszy; w tych dwóch filmach nie ma beznadziejności, ale jest bolesna zaduma nad życiem, które się źle układa. „Alambrista" jest filmem bardziej społecznym i realistycznym w potocznym rozumieniu; „Dzień wesela” i „Wnętrza" brane razem dają dwa różne, przecież sumujące się obrazy Ameryki o bardziej pogłębionych treściach i przejmującej wymowie.

Jednym z ciekawszych zjawisk były filmy dokumentalne. Wspomnijmy tu o dwóch, obu produkcji hiszpańskiej. „Morderca z Pedralbes” to historia służącego, który zamordował bestialsko swoich chlebodawców, dostatnich mieszczan z Barcelony. Został skazany na karę śmierci, ale z okazji koronacji Juana Carlosa objęła go amnestia i wyrok zamieniono mu na trzydzieści lat więzienia. Reżyser Gonzalo Herralde odtwarza sytuacje post factum, są to wypowiedzi samego przestępcy i ludzi z nim związanych - świadków, adwokatów, prokuratora, psychiatrów i innych. Otrzymujemy opis wydarzeń ukazywanych z różnych perspektyw. Jakkolwiek film ostatecznie nie wyjaśnia fenomenu zbrodni, przecież, dzięki tej metodzie, jest wnikliwą analizą tak patologii przestępstwa, jak i jego społecznego podłoża. Film przenosi coś bardzo charakterystycznego dla twórczości iberyjskiej, mianowicie zainteresowanie ciemnymi stronami natury ludzkiej.

Drugi film, posługujący się tą samą metodą, traktuje nie o jednostce, lecz o zbiorowości, czy lepiej - o samej historii. To „Pamięć przeszłości" Jaime Camino. Relacje świadków z wydarzeń w Hiszpanii, które miały miejsce w latach trzydziestych. Coś w rodzaju filmowego zapisu ustnych zeznań, jakby historia widziana i opowiadana przez jej współtwórców. Film jest długi, trwa prawie trzy godziny, ale fascynuje przez swoją analityczność i bezstronność. Reżyser oddaje głos różnym ludziom, zajmującym w swoim czasie różne stanowiska, reprezentujące różne poglądy, ich wypowiedzi kontrapunktuje niekiedy zdjęciami dokumentalnymi. Otrzymujemy obraz żywy i sugestywny, choć różnorodny i czasami sprzeczny. Film nie wyjaśnia bez reszty złożoności wojny domowej i czasów frankizmu, ale ukazuje tę epokę wszechstronnie, dyskursywnie i sugestywnie. To znakomity przykład „filmu historycznego", którego siła nie polega na wmawianiu takich czy innych ocen, lecz przedstawieniu sumy faktów i interpretacji, z których dopiero widz tworzy własną syntezę.

Jednym z najbardziej rzucających się w oczy motywów kina iberyjskiego i latynoskiego były motywy homoseksualizmu i transwestytyzmu. Czołowy reżyser meksykański Arturo Ripstein zrealizował „Miejsce nieoznaczone" - zapadła dziura prowincjonalna, głównym wydarzeniem jest wybór władz miejscowych, a głównym centrum życia - dom publiczny. Tę niezbyt wyszukaną codzienność zakłóca przyjazd Pancho, ojca jednej z dziewczyn z burdelu. Scena kluczowa to „odbijanie" córce klienta; Pancho przebrany za kobietę, z twarzą pokrytą makijażem wykonuje swój popisowy uwodzicielski taniec. Zapłaci za to życiem.

Podobny temat powtarza się w filmie hiszpańskim „Człowiek zwany Kwiatem Jesieni" Pedro Olea. Lata trzydzieste, młody adwokat z dobrze sytuowanej rodziny, który wieczorami występuje w przebraniu kobiety w małym podrzędnym kabareciku. Raz i drugi zmaltretowany za swoją działalność decyduje się na stanowczy krok, to znaczy na zamach anarchistyczny. Zostaje jednak ujęty przez policję i skazany na śmierć wraz z współtowarzyszami. Przed wykonaniem wyroku matka przynosi mu do więzienia lusterko i szminki. Wymalowany jak dziewczyna idzie pod lufy plutonu egzekucyjnego.

Takich filmów było więcej. W krótkim streszczeniu mogą wydawać się wulgarne, jednak w istocie jest inaczej. Trzyma je świetne aktorstwo i jakaś odmiana tragizmu, ni to błazeńskiego, ni to żałosnego. W tym przebieraniu się, malowaniu, zmianie płci jest coś egzystencjalnego, coś ze „śmiej się pajacu". Dwoistość egzystencji była częstym motywem filmów hiszpańskich, do których jeszcze wrócę w osobnym artykule. Ta strefa estetyczna i obyczajowa może budzić sprzeciwy, jednak właśnie przez nią, przez ostrość i drastyczność ujęcia przebijają się podświadome intencje - protest przeciw rzeczywistości, manifestacyjna potrzeba wolności.

Kino socjalistyczne było reprezentowane w konkursie czterema pozycjami: „Rekolekcje" Witolda Leszczyńskiego, „Cień przelatującego ptaka" Jaroslava Balika (CSRS), „Zamęt uczuć" Pawła Arsienowa (ZSRR) i „Jak w domu" Márty Mészáros (Węgry). Ten ostatni film był najciekawszy. W roli głównej Jan Nowicki. Subtelny związek między małą dziewczynką a mężczyzną. Jak zwykle u Mészáros niechlujny montaż i rwące się wątki, ale ten osobliwy związek dziecka-kobiety z mężczyzną został przedstawiony prawdziwie psychologicznie i obyczajowo, co więcej - z największym taktem, gdyż najmniejsze przerysowanie groziło wulgarnością.

Najsłabiej wypadł film Leszczyńskiego. Być może krzywdzę reżysera, być może potomność odda mu sprawiedliwość (czego mu życzę), ale w moim przekonaniu autor „Żywota Mateusza" zrobił rzecz niesamowicie pretensjonalną. Puste figury stylistyczne, artystowski ekshibicjonizm, pseudoestetyka. „Rekolekcje" miały być bardzo osobiste i autorskie, pod pewnym względem są takie, ale miałkość przesłania i nieudolność realizacji zabijają szlachetne zapewne zamiary. Błąd polega na tym, że Leszczyńskiemu zdało się, jakoby jego manieryczne i rachityczne własne „ja" było pępkiem świata.

Lepiej wypadły filmy czeski i radziecki, choć oba są drugim rzutem tych kinematografii. „Zamęt uczuć" to liryczny portret życia rodziny moskiewskiej, związków między mężem a żoną, między młodymi z ławy szkolnej. Delikatnie, może zbyt delikatnie są zarysowane konflikty, co film traci na dramatyzmie, zyskuje na poetyzowanym opisie. „Cień przelatującego ptaka" miał doskonały pomysł wyjściowy: próba adopcji dziewczyny, która była przyjaciółką syna, właściwie jednodniową znajomością. Chłopak zginął w wypadku motocyklowym, jego rodzina chce zatrzymać u siebie dziewczynę jako kogoś, kto był bliski zabitemu. Mamy więc dobry temat psychologiczny, obyczajowe starcie dwóch generacji i dwóch postaw, wreszcie motyw „dziewczyny znikąd", dziewczyny ptaka. Ale dłużyzny filmu, zarazem wygaszanie konfliktów tam, gdzie one powinny się rodzić, sprawiają, że film należy bardziej cenić za intencję niż realizację.

Najogólniej rzecz biorąc - festiwal rozczarował. Czy to sprawa selekcji, czy sytuacji kina? Chyba jedno i drugie. Ale żywi niech nie tracą nadziei.

Aleksander Ledóchowski

Nagrody:

Wielka Złota Muszla: „Alambrista”, reż. Robert M. Young, USA;
Złota Muszla (za film krótkometrażowy): „Czas milczenia" (La edad del silencio), reż. Gabriel Blanco, Hiszpania;
Nagroda Specjalna Jury: „Miejsce nieoznaczone” (El lugar sin limites), reż. Arturo Ripstein, Meksyk;
Nagroda San Sebastian za rolę żeńską: Carol Burnet w filmie „Dzień wesela" (A Wedding), reż. Robert Altman, USA;
Nagroda San Sebastian za rolę męską: José Sacristán w filmie „Człowiek zwany Kwiatem Jesieni” (Un hombre llamado Flor de Otoño), reż. Pedro Olea, Hiszpania;
Srebrne Muszle: „Jak w domu” (Olyan mint otthon), reż. Márta Mészáros, Węgry; „Dossier 51”, reż. Michel Deville, Francja; „Somnambulicy” (Sonambulos), reż. Gutiérrez Aragón, Hiszpania;
Perła Kantabryjska (za najlepszy film w języku hiszpańskim): „Morderca z Pedralbes” (El asesino de Pedralbes), reż. Gonzalo Herralde, Hiszpania;
Nagroda FIPRESCI: „Pamięć przeszłości” (La vieja memoria), reż. Jaime Camino, Hiszpania; wyróżnienie dla filmu „Jazz Band”, reż. Pupi Avati, Włochy;
Nagroda OCIC: „Alambrista”.