Archiwum

Były raz sztabki złota

ZŁOTO DLA ZUCHWAŁYCH (Kelly‘s Heroes, Rainici). Reżyseria: Brian G. Hutton. Wykonawcy: Clint Eastwood, Telly Savalas, Don Rickles i inni. USA — Jugosławia, 1970.

„Była kiedyś pewna wojna, ale toczyła się tak dawno temu i tak została zepchnięta w cień przez inne wojny i inne rodzaje wojen, że nawet ci, co brali w niej udział, skłonni są ją zapomnieć”.

Tyle John Steinbeck. korespondent wojenny „New York Herald Tribune” i wielu innych czasopism.

Komedia „Złoto dla zuchwałych” jest świetną zabawą. Grupa żołnierzy amerykańskich zorganizowała prywatną wyprawę głęboko poza linie inwazyjnego frontu we Francji, by zgarnąć zadekowane przez Niemców złoto. Awanturniczy, trochę westernowy wątek, to jedna sprawa; druga — groteskowo-satyryczna panorama sytuacji, typów i typków. Wreszcie — bardzo efektowne orgie pirotechniczne. Jest na co popatrzeć i z czego się pośmiać. Ale nie tylko to.

Jest to film „męski” w tym znaczeniu, że zupełnie bez kobiet; czasem gdzieś migną w dalekim planie, czasem ktoś o nich wspomni, ale myśli się i mówi tylko o złocie. Steinbeck daje takie świadectwo prawdy; „surowo przestrzegana reguła polegała na tym, że pięć milionów najzupełniej normalnych, młodych, energicznych i pożądliwych chłopców i mężczyzn wyrzekło się na okres Wysiłku Wojennego swego zwykłego zainteresowania dziewczynami. Fakt, że nosili przy sobie wizerunki obnażonych dziewczyn, zwanych pin-up girlsami, nie uderzał nikogo jako paradoks. Umowność była prawem”.

Zaczyna się wszystko dobrze, to znaczy od strasznego rozgardiaszu; Amerykanom pomyliły się „kwadraty” i zbombardowali z moździerzy własną jednostkę. Cytowany korespondent „New York Herald Tribune” wspomina: „Druga umowna reguła głosiła, że nie mieliśmy żadnych okrutnych, żądnych władzy czy nieoświeconych dowódców. Jeżeli zdezorganizowane szaleństwo, którego cząstkę stanowiliśmy, gdzieś nawaliło, było to rzekomo nie tylko przewidziane, ale należało do wyższej strategii, z której miało wyniknąć zwycięstwo”. Nawet wtedy, gdy „generał Patton spoliczkował w szpitalu chorego żołnierza i kiedy nasza marynarka zestrzeliła pod Gelą pięćdziesiąt dziewięć własnych samolotów transportowych z wojskiem”.

Przez dymy i ognie prześwieca blask złota. Trochę inicjatywy i ochotniczo zwerbowana grupa, wyposażona (nielegalnie) we wszystko, co trzeba, rusza do zafrontowego Eldorado, strzeżonego przez trzy Tygrysy. John Steinbeck zapamiętał podobne sceny: „Wcześnie dowiedziałem się, że kwarta whisky ofiarowana sierżantowi z transportu zapewni mi miejsce w samolocie przed generałem mającym pilne rozkazy ze sztabu (...). Pamiętam generała z kwatermistrzowstwe, który czytając z posępną miną raport o brakach materiałowych w jakimś składzie zaopatrzenia, wybuchnął: »Żołnierz amerykański to najgorszy złodziej na świecie! Wie pan, co się stanie? Jak rozkradną wszystko, co mamy, zaczną okradać Niemców, a wtedy niech Bóg ma w opiece Hitlera«. I pamiętam, jak na jednym niszczycielu zniknęła nagle na pełnym morzu cała broń boczna oficerów, wszystkie czterdziestki piątki i karabiny, i chociaż przetrząśnięto okręt od dziobu do rufy, włącznie nawet ze zbiornikami paliwa i wody, nie znaleziono ani jednej sztuki. Istniał jakiś przymus kradzenia. Jeńców obłupiano (...) z prawdziwie zawodową zręcznością".

Więc te sztabki złota, prawie pełna ciężarówka, czy to czysta fikcja filmowa? Inny kronikarz tamtych czasów, David Rowan, opowiedział następującą historię. Gdy Trzecia Armia generała Pattona przekroczyła Ren, grupka żołnierzy zajęła zamek w Kronbergu, należący do ustosunkowanego i książęcego rodu Hesse-Darmstadt. W piwnicy, poza godziwymi trunkami, znaleziono skarb rodzinny — skrzynie pełne biżuterii i precjozów (między innymi swastykę wysadzaną klejnotami otrzymaną za zasługi księcia Christophera Hesse dla Luftwaffe). Skrzyniami „zaopiekowała” się trójka śmiałków. W roku 1946 księżna Sophie zwróciła się do władz amerykańskich o zwrot skarbu — i wtedy wybuchł skandal. Oficjalnie dowództwo amerykańskie oświadczyło, że „honor armii” nie może ucierpieć i przekazało sprawę wywiadowi wojskowemu, by odkrył i ujął sprawców oraz odzyskał „rodzinne pamiątki". W istocie chodziło o coś innego: ród Hesse-Darmstadt, choć czynnie uczestniczył w ruchu nazistowskim, był w estymie u okupantów z uwagi na pokrewieństwo z angielską rodziną królewską i powiązania z koncernem Kruppa. Sprawców ujęto, ale odzyskano tylko część łupu. Do dnia dzisiejszego nie udało się oszacować wartości całego zbioru, w większości nie odnalezionego, ale można przypuszczać, że był równowarty tamtej ciężarówce ze złotem. Nasi „zuchwali" z filmu mieli szczęście; za sztabkami złota nie było ani wielkich rodów, ani koncernów.

„Złoto dla zuchwałych” — zabawne, przygodowe, efektowne — miesza prawdę z mitami kina i życia. Jak dobrze, że ten film nie miał fachowego konsultanta historycznego, bo czasem taka „głupia” historia ma swoje niezaprzeczalne zalety.

Można też inaczej. Jest jedna scena jakby sparafrazowana z filmu „W samo południe”: na rynku przed bankiem patroluje ostatni Tygrys. Teraz trzej, z których jeden kładzie rękę na colcie, przepraszam, na pistolecie wojskowym, zbliża się do stalowej bestii. Takich cytatów jest więcej. Więc... gdzieś tam na prerii, albo w pobliżu Gór Skalistych Clint Eastwood and company kręci western. Pojawili się faceci z poborówki, schwycili ich na lasso i — ku chwale Wysiłku Wojennego — wysłali na drugi front do Francji. Ale oni, choć przyodziani w mundury US Army, nie przestali grać swego westernu i odkryli złoto.

ALEKSANDER LEDÓCHOWSKI

* Z innego punktu widzenia ocenia ten film Jerzy Niecikowski w felietonie na str. 5 (red.).