Archiwum

Jaki jest repertuar?

Naszą dyskusję redakcyjną poświęciliśmy repertuarowi polskich kin, i to nie jego blaskom, które przecież dostrzegamy, lecz przede wszystkim cieniom.

WACŁAW ŚWIEŻYŃSKI: Przed ćwierćwieczem mówiło się, że w kinach nie ma nic do oglądania, przed dwudziestu laty pisano o „najlepszym repertuarze świata”. A teraz? Teraz czytelnik „Filmu”, p. Jerzy Marianowski z Kozienic, dzieląc się uwagami o repertuarze, nazywa go „mimo wszystko ciekawym i różnorodnym”. Proponuję, by zastanowić się, co oznacza to „mimo wszystko”.

Wydaje się, że w repertuarze znajdują swe odbicie wszystkie interesujące zjawiska i tendencje kina krajów socjalistycznych: zdarzają się pochopne rezygnacje z wartościowego filmu, nie zdarza się jednak, by pominięto całą określoną tendencję, kierunek, szkołę. A kino Zachodu? Czy dużo jest zjawisk albo gatunków, które u nas nie są reprezentowane wcale, mimo że na to zasługują? Lub reprezentacja jest kaleka: za mało filmów, za mało kopii, zbyt wąskie rozpowszechnianie?

ANDRZEJ KOŁODYŃSKI: W krajach socjalistycznych też to i owo przegapiliśmy. Dwa lata temu w ZSRR trwała dyskusja o tak zwanym filmie „szarym”: zastanawiano się, jak kinową nijakość zastąpić filmem atrakcyjnym. Dyskutanci zwracali uwagę na dwa rodzaje filmów, które mogą liczyć na masową publiczność: dobry film młodzieżowy i dobra komedia. Fala filmów o młodzieży oraz komedie, które pojawiły się przed rokiem, to jakby odpowiedź na tę dyskusję. Nie dostrzegając owej dyskusji, przegapiliśmy też jej rezultaty. Powitany z aplauzem (główna nagroda!) na festiwalu w Teheranie gruziński film „Pierwsza jaskółka”, rzecz o początkach futbolu, prezentuje świeżą, oryginalną formułę komediową; u nas dla kin nie został kupiony. Podobnie bywa z filmami adresowanymi do najszerzej pojętego widza młodzieżowego. „Zapamiętajmy to lato” Sołowiowa trafia do nas z dużym opóźnieniem, i bodaj tylko dlatego, że dostał nagrodę na jednym z festiwali. Czy historia powtórzy się z równie ambitnym „Wiankiem sonetów”? - bo podczas pierwszej selekcji został przegapiony.

OSKAR SOBAŃSKI: Telewizja w swym programie filmowym sięga daleko wstecz i robi dobrze, bo udostępnia klasykę, pokazuje kino sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat. Gorzej, jeśli ta sama tendencja jest widoczna w repertuarze kin, to znaczy, że kina też w jakimś stopniu kontynuują prezentację nurtów już znanych, czasem nawet przebrzmiałych. Na przykład standardowe komedie francuskie oparte na modelu mieszczańskiego wodewilu są kupowane bardzo chętnie i szybko, premiery wielu z nich odbywały się w tym samym roku co i w Paryżu. Komedia - gatunek deficytowy? Zgoda, ale dlaczego na przykład amerykańskie „Nieme kino”, o ileż ciekawsze, szło do nas aż 3 lata?

Chciałbym też zwrócić uwagę na pewne zmiany w systemie wprowadzania nowości na ekrany światowych kin. Otóż pojawiło się wiele filmów, które doskonale obywają się bez festiwali i trafiają do widzów od razu - choćby filmy Buñuela, Russella, Bergmana, ale i inne. Decyduje realizacja, decyduje istotny temat. Na przykład „Życie przed tobą” Mizrahiego wydaje się być typowym filmem festiwalowym, obliczonym na wielką nagrodę, a idzie na ekrany natychmiast po zrealizowaniu i odnosi wielki sukces kasowy. Oczywiście nie odnoszą tych sukcesów filmy awangardowe i wszelkiego rodzaju filmy „biedne”, robione małymi środkami, filmy debiutantów, mimo że festiwale chętnie je nagradzają. Nasze zakupy są w dużej mierze regulowane przez festiwale, na festiwale wyjeżdżają komisje zakupu, więc sporo filmów eliminuje się z naszych ekranów niejako automatycznie. Nie rezygnujmy z festiwali, ale szperajmy częściej i poza nimi.

Warto też zauważyć, że nastąpiły dość zasadnicze zmiany stylu filmów z krajów Trzeciego Świata. Podniósł się ich poziom techniczny, stały się bardziej uniwersalne. Tymczasem na ekranach mieliśmy z tych krajów zjawiska marginesowe, np. brazylijski film „Joanna Francuzka”, niezbyt dobry. Natomiast nie było filmów, które są bardziej typowe dla tej kinematografii z ostatniego okresu, jak choćby „Stragan cudów” Nelsona Pereiry dos Santosa, prezentowany w Cannes i Locarno. Brak mi niektórych filmów indyjskich, japońskich, afrykańskich. Na algierską „Kronikę lat pożogi” musieliśmy czekać trzy lata. To zbyt długo w porównaniu z tempem wprowadzania na ekrany niektórych filmów bez żadnych wartości, także wartości rozrywkowych.

Wydaje mi się, że nasz repertuar zmierza w stronę rutyny: jeden film można zastępować dowolnie innym. Dotyczy to nie tylko francuskich komedii, ale i kina włoskiego, angielskiego, także innych kinematografii.

ALEKSANDER LEDÓCHOWSKI: A ja dziękuję, że to nie krytycy układają repertuar filmowy. Jeżeli bym miał wybierać między nieznanymi mi filmami - francuskim, etiopskim czy algierskim, wybrałbym francuski.

Układając repertuar, trzeba być w zgodzie z odczuciami i upodobaniami widzów. Wprowadzenie na ekrany przynajmniej kilku głośnych filmów warto do maksimum przyspieszyć, gdyż rozgłos wokół filmu jest często chwilowy, po jakimś czasie mija zainteresowanie, zapominamy o nim. Przebój światowy „Gwiezdne wojny" nadaje się do pokazania na naszych ekranach, ale za trzy, cztery lata być może nie będzie już wydarzeniem.

Na podobnej zasadzie typowałbym do repertuaru filmy posiadające ciężar gatunkowy już tylko ze względu na autorytet reżysera; nowe filmy Bergmana czy Buñuela należałoby sprowadzać jak najszybciej.

Repertuar w tej chwili jakoś oddaje to, co się dzieje na świecie, tym bardziej że wielkich wydarzeń w kinie nie ma. Co się rzuca w oczy? Na przykład pojawienie się kina australijskiego. Jest w tych filmach zawarty jakiś specjalny zmysł obserwacji, połączony z poezją i traktowaniem tematów ludzkich w bardzo głęboki, delikatny sposób. Kino szalenie żywe, z pewną nutką staroświeckości. Zorganizowano u nas przegląd filmów australijskich: to był zapewne sondaż, jak się one przyjmą.

KOŁODYŃSKI: Gdyby! Niestety, przeglądy narodowe - chwała Zjednoczeniu Rozpowszechniania Filmów, że je organizuje - nie stały się poligonem doświadczalnym, próbą sondażu opinii publicznej. Cieszą się ogromnym powodzeniem, filmy idą przy pełnej sali, ale z repertuaru przeglądów niewiele kupujemy. Wchodzą natomiast tytuły wybrane zupełnie inaczej, bynajmniej nie reprezentacyjne.

SOBAŃSKI: Weźmy za przykład tydzień filmów angielskich w 1976 roku. Film ,,Bugsy Malone" szalenie podobał się widzom i dotąd nie został zakupiony, ale „Siedem nocy w Japonii", przy których „Trędowata" jest dziełem intelektualnym, choć gorzej zrealizowanym, już jest na ekranach. Nie wszedł także film „Nieodpowiednie zachowanie”, a pojawił się film „Romantyczna Angielka”, broniony wprawdzie nazwiskiem Loseya, ale mniej istotny od tamtego, mniej mówiący o Anglikach, banalniejszy. Jest niewielki związek między przeglądami narodowymi a repertuarem kin. Te przeglądy nie są sondażem rynku, a powinny nim się stać.

KOŁODYŃSKI: Reagujemy na pewne zjawiska w kinie światowym, posługując się starymi kryteriami. Nawołuję do giętkości kryteriów: nie brać jakiejś komedyjki tylko dlatego, że ma wysokie wpływy kasowe w swoim kraju, ale kierować się rozeznaniem gustów i potrzeb naszego widza. Bo ta komedyjka nieraz u nas „padnie", gdyż wpływy kasowe tam zawdzięcza czemu innemu, niż nam się zdaje; warto więc uważnie obserwować reakcje polskiej publiczności. Ale tego się nie robi. Przeglądy narodowe są słuszną ideą, tylko nie wyciąga się z nich konsekwencji. Są w pewnym sensie zmarnowane.

LEDÓCHOWSKI: Repertuar musi być dostosowany do wymagań publiczności, bo ona płaci za bilety. Powinna jednak istnieć jakaś furtka, przez którą dostawałyby się filmy „nie chciane" czy „nie kochane" w skali masowej, ale potrzebne chociażby dla małej garstki widzów. Warto powrócić do puli DKF-ów, a może wymyślić coś nowego. Lansowanie takich filmów w szerokim rozpowszechnianiu jest ekonomicznie nie uzasadnione, ale w tych filmach nieraz kryją się różne sprawy, które dopiero po latach odżywają. Odnajduje się je w archiwach i o nich pisze, z tych filmów z czasem wyrastają jakieś inne osiągnięcia, syntetyczne, dojrzalsze.

SOBAŃSKI: Sieć rozpowszechniania tych filmów istnieje od lat, to są kluby, które jednak ostatnio nie mają stosownych filmów. Z drugiej strony - nie wyobrażam sobie na przykład filmu „Ciężarówka" Marguerite Duras w kinie „Skarpa" w Warszawie czy w kinie „Gigant” we Wrocławiu.

ŚWIEŻYŃSKI: Tego nikt nie proponuje.

LEDÓCHOWSKI: Ale rozglądając się wśród filmów głośnych i ważnych, także odnajdujemy zastanawiające luki. Na przykład jeden z najbardziej dziś znanych reżyserów z kręgu anglosaskiego - Ken Russell. Cóż znaczy jeden pokaz „Zakochanych kobiet" w przeglądzie filmoteki? A jeden z największych reżyserów Europy - Pasolini? Owszem, kilka filmów weszło na ekrany, ale nie wszedł bodaj najgłośniejszy jego film - „Kwiat tysiąca i jednej nocy". Robi się luka. Ukazało się luksusowe i masowe zarazem wydanie „Baśni z tysiąca i jednej nocy", które rozeszło się jak woda. Jednak film pominięto.

Inny przykład dziwnej nieobecności na naszych ekranach: Robert Altman. Pojawiło się jego „Nashville", bardzo głośny film, ale to jest któryś tam jego obraz z rzędu. Znów rwie się pewien wątek historii kina.

CZESŁAW DONDZIŁŁO: A później, po latach, telewizja zaczyna uzupełniać te wyrwy. Prezentuje Vadima czy „Jules i Jim" Truffauta. Filmy nie kupione kiedyś dla kin. Chodzi o pewną drastyczność obyczajową, która zrazu szokuje, później powszednieje.

LEDÓCHOWSKI: Są filmy pominięte, w których nie ma drastyczności. Na przykład „Tommy".

DONDZIŁŁO: W „I Bóg stworzył kobietę" - z dzisiejszego punktu widzenia - także nie ma.

LEDÓCHOWSKI: Ocena etyczna i moralna jest bardzo ważna i nie należy robić nieopatrznych kroków. Ale czasem zdaje mi się, że dmuchamy na zimne.

DONDZIŁŁO: Rzecz w tym, że postawa pewnej defensywności w wyborze, niechęć wobec ryzyka łatwo przekracza granice sfery drastyczności obyczajowej. Padło tu sporo nazwisk i tytułów, których nieobecność u nas może budzić dyskusje. Ale pierwszych filmów, które zapoczątkowały całe nurty, całe trendy w kinematografii, właściwie nigdy u nas nie było. Choćby sprawa całego gatunku - horroru, zawsze po macoszemu traktowanego, albo początków nowej fali francuskiej czy nowego kina amerykańskiego. Gdyby nie telewizja...

SOBAŃSKI: Nie jest wmontowane w mechanizm naszych zakupów i kwalifikacji coś, co byłoby niejako stałym przypominaniem o filmach i sprawach, które zostały kiedyś odrzucone czy odłożone. Bo obyczajowość się zmienia. Obserwujemy to także w Polsce; w naszym kinie na przestrzeni 10-15 lat nieraz stawało się rzeczą oczywistą coś, co wcale nie było oczywiste 10 lat temu. Trudno od razu zarzucać konserwatyzm ludziom, którzy kwalifikują filmy; mają swoje argumenty i swój wewnętrzny kodeks. Ale rzecz, która wydawała się trudna do przyjęcia w roku 1977, może się okazać repertuarową oczywistością w roku 1980. Tyle że mało kto będzie to kino pamiętać. Filmy, które były odrzucone, zdyskwalifikowane, ale są filmami wybitnymi, winny jednak pojawiać się na naszych ekranach.

KOŁODYŃSKI: Najwyższy czas powrócić do Chaplina: jego twórczość obejrzały już bodaj wszystkie kraje socjalistyczne prócz Polski.

ŚWIEŻYŃSKI: Z Bergmanem było ostatnio lepiej.

SOBAŃSKI: Bo telewizja wypełniła dziesięcioletnią lukę.

ŚWIEŻYŃSKI: Kupuje się też filmy Buñuela, Felliniego, Antonioniego. Myślę, że warto być tak samo konsekwentnymi gdy Bertolucci przedstawia swój „Wiek XX", Angelopulos - „Podróż komediantów", Camino - „Długie wakacje 1936". Warto skrócić oczekiwanie na te ważne filmy odzwierciedlające niepokoje europejskiej lewicy, jej przemyślenia, jej losy.

Chce także wrócić do tego, co mówiliśmy tu o gatunkach. To nie tylko sprawa horroru. Zbyt mało troszczymy się o to, aby pewne gatunki były stale reprezentowane w repertuarze. Zgoda, telewizja jakby wzięła na siebie sprawę westernów. Ale i z myślą o kinach waiio obejrzeć się wstecz, jeśli rysuje się gdzieś deficyt. Kupiony dopiero niedawno „Ostatni pociąg z Gun Hill”, film sprzed 10 lat, był przyjęty dobrze przez krytykę i publiczność. Skoro więc podaż dobrych westernów się zmniejsza, czy nie warto sięgnąć do nie wyświetlanych u nas filmów mistrzów tego gatunku, filmów sprzed 5, 10 czy 15 lat?

KOŁODYŃSKI: A wznawianie rzeczy głośnych? „Most na rzece Kwai” miał na Zachodzie powroty na ekrany po latach - i nikt się ich nie boi. U nas tymczasem nie ma mowy o wznawianiu dawnych przebojów. Uważam, że konkurencja między telewizją a kinami jest zdrowa, ale ZRF nie korzysta z niej należycie. Bo jeżeli telewizja wprowadziła film australijski, prezentując go po raz pierwszy naszej widowni, warto pójść szybko za uderzeniem. Skorzystać z tej wizytówki. Na szczęście już słychać o pierwszych zakupach. Ale jakieś trzy lata temu telewizja pokazała niesłychanie popularny film z japońskiej serii o ślepym samuraju; historia niezmiernie charakterystyczna dla pewnego nurtu filmu japońskiego. I dopiero po trzech latach zjednoczenie kupuje film z serii, która się już właściwie skończyła. Gdyby wyjść z tymi filmami zaraz po pokazie telewizyjnym, kiedy żyją jeszcze w pamięci, byłoby to mądre korzystanie z bezpłatnej reklamy.

SOBAŃSKI: Lepiej byłoby wznowić choćby „Rio Bravo", film, który także do tej pory żyje w pamięci widzów, czy „W samo południe", niż kupować włoskie westerny klasy C. 

LEDÓCHOWSKI: Wznowienia to bardzo ważna sprawa na Zachodzie. We Francji, Anglii czy Włoszech jest to dużo łatwiejsze, bo dystrybutorzy mają swoje kina i dla nich ponowne wprowadzenie tytułu jest proste. U nas wymagałoby to zapewne jakiejś reorganizacji systemu zakupów.

KOŁODYŃSKI: Nie sądzę, precedensy już były. Jest to raczej sprawa giętkości polityki repertuarowej. 

LEDÓCHOWSKI: My wchodzimy często jeszcze wyłącznie na grunt „zaklepany". Wiemy, że Buñuel to jest Buñuel, a Visconti to Visconti. A przecież klęska w wyborze nie jest czymś haniebnym, to jest normalne szukanie, koszt ryzyka. To jest istotna sprawa repertuaru. 

Opracował: Czesław Dondziłło