Archiwum

71 sekund ciszy

• Jest Pan kompozytorem, teoretykiem muzyki filmowej i dźwięku, wykładowcą w szkole filmowej, głównym specjalistą do spraw muzycznych w „Poltelu”.

- Chwileczkę, czy mogę przerwać? Zadam pytanie, zgoda? Dlaczego krytycy, recenzenci, sprawozdawcy są ,,głusi"?

• Usłyszałem wszystko, co Pan powiedział.

- Usłyszał pan kilka słów, które ułożone w porządku logicznym i gramatycznym stały się prostą informacją: mówi, że jestem głuchy. Co pan jeszcze słyszał?

• Jakieś hałasy, strzępy rozmów.

- A może pan to raczej widział.

• Ciągnąc dalej tę myśl, można właściwie powiedzieć, że słyszy się również oczami.

- Wydaje się panu zapewne, że żartuję. Otóż nie; często zadaję sobie pytanie, dlaczego tak rzadko ludzie zajmujący się zawodowo opisywaniem filmu zwracają uwagę na muzykę, na dźwięk. Nie zauważa się tej warstwy filmu, tak jakby jej w ogóle nie było. Tymczasem wspomaga ona obraz, wpływa na percepcję, wzmacnia ją, ale potrafi także zdeformować. Muzyka, a właściwie cała warstwa audytywna filmu wpływa bezpośrednio na odbiór obrazu, może go „zwolnić", może „przyspieszyć", może zmienić nastrój, klimat. Może być po prostu niezbędnym komponentem.

• Ale przyzna Pan, że nie zawsze tak bywa.

- To prawda, że filmów z naprawdę przemyślaną muzyką jest niestety mało. I przyznam się, że nie bardzo rozumiem, dlaczego.

• Wiem, że przeprowadził Pan swego czasu interesujący eksperyment, został on zresztą szczegółowo opisany przez Alicję Helman w „Kinie”. Ograniczę się jedynie do wynikającej z eksperymentu konkluzji: dźwięk może zupełnie zamaskować obraz. Dodam dla jasności, że widzowie, uczestnicy doświadczenia, oglądali pięciokrotnie ten sam obraz, któremu towarzyszyła różna warstwa dźwiękowa.

- Zapis wizualny był rzeczywiście ten sam za każdym razem, natomiast były cztery różne zapisy dźwiękowe. Na eksperyment składało się pięciokrotne pokazywanie filmu, a więc dwa razy pokazałem film identyczny pod każdym względem. Nie będę szczegółowo opowiadał o wynikach mojego doświadczenia, rozbieżności w percepcji obrazu były duże.

• Jaki wniosek dałby się wyprowadzić z tego eksperymentu?

- Dźwięk zdominował obraz, może lepiej - dźwięk zasugerował odbiór obrazu. Zresztą jestem przekonany, że można przeprowadzić eksperyment, którego wynik byłby odwrotny. Potwierdziłby on owo „słyszenie oczami". Myślę, że to kiedyś zrobię. Weźmy na przykład dźwięk dzwonów, monumentalne BIM BAM. Dodajmy do tego BIM BAM dwa obrazy. Niech jednym z nich będzie ślub, młoda para, rodzina, przyjaciele, biała suknia, dużo kolorowych kwiatów, ogólnie: podniośle i wesoło. Drugim obrazem niech będzie katafalk z trumną. Co usłyszy pan za pierwszym razem, co za drugim?

• Trochę przeraża ranie ta łatwość deformacji, możliwość manipulacji obrazem osobno i dźwiękiem osobno.

- Tym akurat bym się nie przejmował. Gorzej jest, gdy nikt nie próbuje manipulować, nie próbuje deformować czy też, nazwę to może nieco patetycznie - tworzyć. Bardzo łatwo film zilustrować muzycznie, wystarczy podstawowa znajomość warsztatu kompozytorskiego, znajomość muzyki, stylów, gatunków itp., i jej funkcji w danych okresach. Tylko że to będzie trochę tak jak z prowincjonalną szkołą sztuki estradowej: gdy artystka śpiewa o niebie, to oczka w górę, gdy o tym, że ziemia jest szeroka, to rączki od siebie, gdy kogoś tuli - to do siebie. Dajmy na to, że mam „zrobić” muzykę do filmu dokumentalnego o międzywojennej Warszawie. Jedzie dorożka - to charlestonik, knajpa z palmą - niech będzie fokstrocik itd. Oczywiście, można i tak, ale czy tylko tak? Taka muzyka wnosi niewiele, niczego nie potęguje, nie osłabia, nie przyspiesza, nie zwalnia. Ot, po prostu jest, ilustruje. Równie dobrze mogłoby jej nie być. Będzie, kiedy zacznie coś budować. Powiedzmy, że w tym filmie mamy zdjęcia z połowy lat dwudziestych, coś się przecież ważnego dla kraju wówczas działo, nie tylko „shimmy" na parkiecie w „Adrii". Lata trzydzieste - staliśmy u progu wojny. Tego wcale nie musi być na ekranie - to może być powiedziane inaczej. Właśnie za pomocą dźwięku.

• Dźwięku, a więc nie tylko muzyki.

- Oczywiście.

• W tym momencie musi pojawić się definicja; a więc co to jest sonorystyka?

- Jest to termin określający sposób zakomponowania ścieżki dźwiękowej filmu - odpowiednik obrazu, skomponowany z pierwiastków muzycznych i dźwięków towarzyszących życiu; to byłaby definicja opisowa, choć nie w pełni rozwinięta. Wyraża ją zintegrowana ścieżka dźwiękowa. Co się na to składa? Wszystko. Muzyka, słowo, szumy, hałasy, cisza. W telewizyjnym „Fauście" zastosowałem w pewnym momencie minutę i dziesięć sekund jednego dźwięku. Był modulowany, ale ciągle ten sam. Siedemdziesiąt sekund to bardzo długo. Może być także cisza - cisza jest brakiem dźwięku, ale to także jest zjawisko dźwiękowe, tak jak kolor czarny jest brakiem koloru. Myślę o długiej ciszy, może kiedyś któryś z reżyserów da mi taką okazję.

• Odnoszę wrażenie, że to wszystko, o czym Pan mówi, odnosi się do filmu tak zwanego artystycznego, ambitnego.

- A „Love Story"? Jest to jeden z najlepiej opracowanych dźwiękowo filmów, jakie znam. Jest tam wszystko - i wielki przebój, i elektroakustycznie zakomponowany dźwięk ulicy, i wspaniale budowany klimat, i manipulacja widzem. Bez tej muzyki, bez tego dźwięku film nie miałby tej siły oddziaływania na podświadomość.

• Wrócę do pytania, dlaczego tak mało jest filmów, w których dźwięk i obraz wzajemnie by się dopełniały?

- Wydaje mi się, że po prostu brak w tej dziedzinie prawdziwych osobowości twórczych. Każdy potrafi wymienić kilku przynajmniej reżyserów polskich i światowych, kilku operatorów. Kto potrafi wymienić kilku twórców muzyki do najgłośniejszych nawet filmów? Zresztą sprawa ma swoje głębsze przyczyny - już na etapie przygotowania do tej pracy. W Polsce jest jedno miejsce, gdzie kształci się specjalistów filmowego dźwięku.

• Czegóż ich tam uczą?

- Nie wiem, ale sądząc po rezultatach - rejestrować dźwięk na taśmie magnetycznej. Nie ma to nic wspólnego z procesem twórczym. To jest usługa, nic więcej. Ale żeby zmieniać ten stan, trzeba najpierw zrozumieć prawdziwą wartość estetyczno-formalną dźwięku.

 
Rozmawiał: Krzysztof Kreutzinger