Archiwum

Konfrontacje, czyli zapowiedź repertuaru

Na odręcznych plakatach o „Konfrontacjach” umieszczono uzupełniający napis — „przegląd filmów świata". Informacja równa zeru. Ale za tą inskrypcją kryje się cichy dramat: bezskuteczne poszukiwanie formuły słownej, którą można by scharakteryzować imprezę. Nieszczęście w tym, że prezentowane filmy nie łączą się w żadną całość; nie jest to ani festiwal festiwali, ani przegląd filmów najgłośniejszych, ani najbardziej dyskusyjnych, ani też obraz sytuacji kina.

1 + 12


Pokazano „Ziemię obiecaną” i 12 filmów zagranicznych, czyli o dwa mniej niż w ubiegłym roku. Mieliśmy więc 4 laureatów nagród typu międzynarodowych „grand prix”: „Żądło” (bukiet „Oscarów” i reprezentant tzw. „wielkich przebojów”), „Rozmowę” (Cannes), „Romancę o zakochanych” (Karlowe Wary) i „U kresu” (Mannheim). Po nich, jako dwie odrębne grupy, po jednym filmie: nagrodzony przez FIPRESCI w Cannes „Strach zżerać duszę” i laureat krajowego festiwalu w Baku — „Kalina czerwona”. Następnie filmy „wiązankowe”, czyli takie, które tu i tam uzbierały rozmaite wyróżnienia („Amarcord” i „Zegarmistrz od świętego Pawła”). Wreszcie dalszoplanowe nagrody festiwali — międzynarodowego („Kochankowie roku pierwszego" — Karlowe Wary) oraz lokalnego („Derwisz i śmierć” — Pula). Rejestr zamykają dwie zapchajdziury: meksykańska „Przepowiednia" (n-ta nagroda w San Sebastian) i „Nie oglądaj się teraz” (uznane przez pismo „Films and Filming” za najlepszy film brytyjski roku 1973). Oczywiście, dwa ostatnie filmy nie są złe i powinny być na naszych ekranach, ale ich udział w „Konfrontacjach” jest i lekką przesadą, i niepotrzebnym równaniem w dół.

Filmy mają wejść na nasze ekrany; są już bądź zakupione, bądź zakwalifikowane do zakupu. Gdyby plakatowy sloganista podszedł do sprawy poważnie, umieściłby następujący napis: „Konfrontacje czyli zapowiedź repertuaru”.

Włączenie filmów polskich do „Konfrontacji” uważam za pomysł wyjątkowo szczęśliwy — generalnie i szczegółowo. Kinematografia nasza przechodzi znamienną ewolucję i mimo tych czy innych słabości zmienia się na lepsze. Jednym z najważniejszych objawów jest to, że ostatnio pojawiają się filmy, które mają spontaniczną wielomilionową widownię. W ten naturalny i zdrowy sposób rozładowuje się różne kompleksy. Powstają też filmy dla mniejszej widowni, czy, by lepiej powiedzieć, dla widowni wycinkowej, to znaczy grup ludnościowych zjednoczonych wiekiem, zainteresowaniami, upodobaniami. I takie pozycje repertuaru, choć mniej dochodowe, są społecznie bardzo potrzebne. Wreszcie robimy filmy, które w jakimś sensie są „autorskie”, „eksperymentalne”, „kontestacyjne” lub zwyczajnie... nieudane. Właśnie ten bilans świadczy, że mamy już normalną kinematografię z wszystkimi blaskami, cieniami i dyskusyjnościami (które są zdrowym fermentem). Choćby taki przykład: „Na wylot” zostało entuzjastycznie przyjęte przez krytykę, a niechętnie przez widzów; krytyka spostponowała „Bilans kwartalny”, a publiczność przyjęła bardzo ciepło. „Konfrontacje” dają naszej kinematografii naturalną perspektywę.

Jest drugi powód w planie szczegółowym. Gdy oglądałem pierwszy raz „Ciemną rzekę”, przyjąłem ją — a użyję tu niezawodnego języka dyplomatów — z „umiarkowanym optymizmem”. Gdy oglądałem film drugi raz na ubiegłorocznych „Konfrontacjach”, mój stosunek uległ ociepleniu. „Ciemna rzeka” lokowała się gdzieś tam w środku; w konkurencji międzynarodowej być „gdzieś w środku” jednak coś znaczy.

W tym roku „Ziemia obiecana” Wajdy świeciła pierwszą jasnością w zestawie. To nie jest przypuszczenie czy zbożne życzenie, lecz fakt. I co najważniejsze — empiryczny.

Jeśli w „Konfrontacjach” jest coś z konfrontacji, to tylko na zasadzie „Wajda a inni”.

SPÓŹNIONE PROPOZYCJE


Nie twierdzę, że na „Konfrontacjach” były złe filmy, twierdzę natomiast, że były wśród nich filmy źle dobrane.

Sezon ubiegłoroczny sam narzucał kryteria merytoryczne. Można było „Konfrontacje” podzielić (choćby w myśli) na dwie sekcje: na „mały festiwal festiwali” i na „filmy, o których się mówi”.

W pierwszej sekcji ulokowałbym 7 laureatów grand prix międzynarodowych festiwali. Imprez było, co prawda, więcej, ale niektóre z nich same się eliminują; w Taszkiencie i Pesaro w ogóle nie przyznaje się nagród, San Remo i Valladolid można sobie darować z uwagi na poziom, w Locarno zdobył Grand Prix węgierski film „Ulica Strażacka 25” Istvana Szabo, także do opuszczenia. W ten sposób mamy już kandydatów; z aktualnych „Konfrontacji” bierzemy cztery filmy („Romancę o zakochanych”, „Rozmowę”, „U kresu” i „Żądło”) dołączając trzy pominięte: kanadyjską „Karierę Duddiego Kravitza” Teda Kotcheffa (Berlin Zachodni), amerykański „Badlands” Terrence’a Malicka (San Sebastian) i irańskiego „Księcia Ehtedjaba” Bahmana Farmanara.

W drugiej sekcji pozostają: „Ziemia obiecana”, „Amarcord”, „Kalina czerwona” i „Strach zżerać duszę”. Warto było jeszcze poszperać w tym kierunku, a więc „Widmo wolności” Buñuela i „Lancelot” Bressona. Także „Sceny z życia małżeńskiego” Bergmana. Z Anglików, oczywiście, „Mahler” Kena Russella. Można też było pomyśleć o rzeczach mniej znanych a wartościowych, np. o fińskim filmie „Ziemia jest grzeszną pieśnią” Rauni Mollberga czy holenderskiej „Rodzinie” Lodewijk van Boera. Zrozumiałe, że nie upieram się przy tych tytułach, są one tylko znakami wywoławczymi pewnych spraw w kinematografii i napomknieniem o potrzebie ambitniejszej selekcji.

Zatrzymajmy się jeszcze raz przy tych pozycjach, które nazwałem małym festiwalem festiwali. Są jakąś średnią tego, co lansowały w ubiegłym roku wielkie festiwale — konfrontujemy więc nasze wyobrażenia (i wymagania) z określonymi faktami. I to jest sprawa pierwsza.

Gdyby przyjęto takie kryterium, „Konfrontacje” miałyby pewne zderzenia. „Kariera Duddiego Kravitza” jest filmem rywalizującym z „Ziemią obiecaną” — także historia człowieka, który w sposób bezwzględny robi karierę. Ta paralelność dążeń i charakterów nie tylko pobudza do porównań, ale może być powodem filozoficznej zadumy.

Poprzednie „Konfrontacje” przyzwyczaiły nas do filmu-skandalu, który ożywiał zestaw. Oglądaliśmy wszak i „Diabły” Kena Russella, i „Dekameron” Pasoliniego, i „Mechaniczną pomarańczę” Kubricka, i „Wielkie żarcie” Ferreriego. To była jakby premia dla widzów, zaspokajanie naturalnej potrzeby partycypowania i w takich wydarzeniach, szansa zobaczenia utworów nie mieszczących się w naszej formule programu kinowego. Obecne „Konfrontacje” wygrzeczniały, choć bilety zdrożały a jedyną satysfakcją był super-przebój „Żądło”, film nie skandal, ale dość atrakcyjny.

MIRRA, KADZIDŁO


Trzy najlepsze filmy zagraniczne z „Konfrontacji”; „Amarcord”, „Kalina czerwona” i „Żądło”. Z nich — po rozważeniu wszystkich „za” i „przeciw” — moim faworytem jest „Kalina czerwona”.

Prawda, film Szukszyna ma pewne mankamenty: w kilku miejscach chropowaty montaż i w ostatnich scenach trochę surrealistyczne potraktowanie ciemnych typów. Te „chropowatości” dają jednak piętno indywidualizacji dzieła i są świadectwem żywotności poetyki, która nie musi się liczyć z wymogami przemysłowej perfekcji.

Najistotniejsze — „Kalina czerwona” jest jedynym filmem przeglądu, który bezkompromisowo, prawdziwie i przekonywająco dotknął elementarnych spraw ludzkich. Nie tylko dzieje się tam coś autentycznego, bo wiarygodność filmowej opowieści nie ulega wątpliwości, lecz Szukszynowi udało się dotrzeć głębiej — pod powierzchnię faktów codziennych i odcyfrować tajemniczy sens człowieczej egzystencji.

Jest to dramat człowieka, który sporą część życia spędził w więzieniu. Właśnie wyszedł na wolność i udaje się do kobiety, którą zna tylko z listów. Ma za sobą niedobrą przeszłość i smykałkę do włóczęgostwa. Gdy otwiera się przed nim perspektywa nowego życia, ginie z rąk dawnych przyjaciół, bo przeszłości nie można całkowicie wymazać.

Wartość filmu jest pochodną znakomitego aktorstwa, poetyki i zmysłu obserwacji, ale przede wszystkim dramatycznej koncepcji; nie boję się użyć określenia — to szekspirowska materia! Miesza się w niej znakomity humor z tonami bolesnymi, sytuacje paradoksalne z oczywistymi, prostota motywacji z jakimiś tajemniczymi wyzwaniami losu.

Superprzebój „Żądło” Hilla pobije na świecie rekord frekwencji „Egzorcysty”, tak przynajmniej głoszą prognozy. Charakteryzując je najkrócej — to coś w rodzaju wodewilu filmowego. Stylowa epoka lat kryzysu, więc potraktowana z pewną „operetkową” umownością; w tym tle pełne humoru i fantazji przygody, czy raczej „numery” dwóch sympatycznych łotrzyków, którzy i przez zemstę za zabicie przyjaciela Murzyna, i po trosze z chęci zysku wykańczają wielkiego gangstera. Gdyby film potraktować poważnie, to sama fabuła byłaby zbyt naiwna — cwany gangster nie dałby się nabrać na „kawał” z totalizatorem.

Atrakcyjność filmu podnosi koncertowa nawet w swym przeszarżowaniu gra Redforda i Newmana. Ale u podstaw powodzenia jest coś innego. Już Eisenstein zwrócił uwagę, że w kinie powinno nastąpić zrównanie między wzniosłym i niskim, klasycznym i jarmarcznym, elitarnym i masowym. Film spełnia te postulaty. Nawet więcej. W roku 1946 Eisenstein napisał traktat pt. „O folklorze”, który dopiero niedawno wydobył na światło dzienne i skomentował radziecki krytyk Leonid Kozłow. Czytamy tam: „Stworzenie sloganowych wyrażeń, obrazów i zwrotów językowych to taka sama kolektywna, bezinteresowna i grupowa twórczość, jak wszystkie inne dziedziny folkloru (...) Zaokrąglając całość powiemy o folklorze, że cenne i pociągające w nim — od Buszmena do ojca Browna i od obrazów Biblii do obrazów slangu chicagowskiego jest przyswojenie sobie wczesnych, żywych i dynamicznych form opanowania świata i nasuwanie środków obrazowych na drodze do zrozumienia.” Ciekawe, czy slangowy wodewil „Żądło” podobałby się Eisensteinowi ?

Traktując ten film z całą umownością gatunku, nie można mu odmówić pewnych postępowych treści, nawet opozycyjnych do kina madę in USA. Hill przedstawia swoich slango-bohaterów „na ludowo”, to znaczy żywo, plastycznie, z humorem, obdarzając ich aktywnością i inteligencją, nawet więcej — wyjątkową żywotnością. Jest to jakby zaprzeczenie mitu o frustracji, infantylizmie, debilizmie i patologii, który usprawiedliwia choroby ustrojowe i obciąża winą jednostki zdeklasowane. Po drugie — Hill szczęśliwie uniknął trywialnego zakończenia o „triumfie sprawiedliwości” policyjnej. Nie sądzę, aby to było zamierzone; wynika raczej z samej formuły slangowego wodewilu i — prawdopodobnie — jako obietnica, że dalszy ciąg filmu nastąpi. Tak czy inaczej „Żądło” to wyjątkowa i bardzo cenna pozycja kina popularnego.

Przenieśmy się jeszcze do Rimini. Więc Fellini: nostalgiczny, poetycki, wspomnieniowy. „Amarcord” może razić w czasie projekcji pewną dosadnością, nawet trywialnością; krytyk może mu zarzucić, że się powtarza i cytuje, bo wracają wątki z „Rzymu” i „Klownów”. To prawda. Film jest jeszcze jednym wyzwaniem wielkiego artysty; może Fellini rzeczywiście nie ma dużo do powiedzenia, ale potrafi nas spowić siatką wspomnień, aurą przeszłości, tkliwością nad dzieciństwem. To, co najsilniej zostaje w pamięci, to właśnie ta poetycka atmosfera, w której łączy się liryzm z groteską. Film jako sen przeszłości.

W drugiej kolejności warto przede wszystkim wspomnieć o filmie „Strach zżerać duszę” — wnikliwym i realistycznym studium powikłanych związków między ludźmi, o „Rozmowie” z bardzo dobrą kreacją Hackmana, zrealizowaną bez pudła i na czasie, ale jakoś od środka pustą, wreszcie o węgierskim filmie „U kresu”. Ten ostatni, odważny, niekonwencjonalny i oryginalny świadczy o dużych ambicjach; ogląda się go jednak z wysiłkiem. Można zrozumieć i przyjąć intencje reżysera, mniej jednak samą formułę. Ale zrezygnowanie z oklasków na rzecz własnego przesłania wzbudza szacunek. Więc dobrze, że ten film znalazł się w zestawie.

Reszta jest milczeniem. Nie twierdzę, że pozostałe filmy są złe, ale zanadto jakby repertuarowe. Pisać o nich to tak, jakby na chybił trafił recenzować łącznie kilka tytułów granych w kinach. Więc dylemat: konfrontacje czy konsternacje? Ani jedno, ani drugie. I w tym cały jest ambaras.

ALEKSANDER LEDÓCHOWSKI