Archiwum

Praktyczna lekcja teorii rasizmu

W nr 9 „Filmu" w dziale „Nasz obiektyw" pisaliśmy o „biednym" hitlerowcu, reżyserze Veit Harlanie, który wystąpił przed sadem, oskarżony o popełnienie zbrodni przeciwko ludzkości. W tej chwili sprawa już jest skończona. Veit Harlan został uniewinniony i jeżeli do niej powracamy, to tylko dla tego, że proces niemieckiego reżysera filmowego jest wymownym dowodem, czego można oczekiwać od zachodnich mocarstw okupujących Niemcy.

Kim jest — wczoraj oskarżony, a dziś „niewinny" — Veit Harlan? Liczy lat 50 i w dawnych, „dobrych" czasach III Rzeszy uważany był za czołowego twórcę filmowego hitlerowskiego reżimu. W encyklopedii filmowej, wydanej po wojnie we Francji „Le Cinéma et ses homes" pióra Henri Colpi, Harlan został scharakteryzowany, jako najbardziej reprezentatywny realizator filmowy III Rzeszy.

Reżyser rozpoczął karierę jako aktor, później inscenizował sztuki w teatrze, wreszcie był dekoratorem i operatorem filmowym. Już w roku 1937 podkreśla mocno i wyraźnie swoje narodowo-socjalistyczne przekonania w obrazie „Władca" z Emilem Janningsem. W rok później ukazuje się film „Zaginione ślady" (Verwehte Spuren). Pozornie „neutralny" obraz, a w rzeczywistości złośliwy atak na „zgniłą" Francję. Po wybuchu wojny Harlan popisuje się filmami: „Der grosse König" (jeszcze jeden obraz z serii o Fryderyku Wielkim) i osławionym „Żydem Süssem" (Jud Süss). Ten właśnie film stał się powodem pozwania Harlana przed sąd i oskarżenia go o zbrodnie przeciwko ludzkości. Akt oskarżenia zarzuca reżyserowi, że film „Jud Süss" przyczynił się do wzrostu antysemityzmu w Niemczech i był sztandarowym wezwaniem do akcji eksterminacyjnej.
  
Zdawać by się mogło, że sprawa jest jasna i nie budząca wątpliwości. Wystarczy przejrzeć roczniki niemieckiej prasy z lat wojennych, by wyczytać pochwały filmu w których na każdym kroku podkreśla się jego ideologiczną wartość i pomoc, jaką przynosi w walce z „żydowską zarazą". Wystarczy obejrzeć film, by przekonać się, jaki to haniebny dokument hitlerowskiego zdziczenia. A przecież reżyser Veit Harlan jest również autorem scenariusza, a więc trudno tu mówić o narzuceniu mu tematu. Wprawdzie dr Otto Zippel, adwokat Harlana, wywodził, że jeżeli artystycznie wartościowy film zawiera zupełnie nawiasowo rasistowskie akcenty, nie świadczy to bynajmniej o nastawieniu reżysera, zainteresowanego wyłącznie problemami estetycznymi, ale takiemu argumentowi może dać wiarę tylko człowiek bardzo naiwny. Obrona samego Harlana była jeszcze bardziej lakoniczna. Zasłaniał się tym, że nie był nigdy członkiem partii i że pierwszą z trzech jego żon była... Żydówka.

Prezes zespołu sędziowskiego Walter Tyrolf w przemówieniu, trwającym 55 minut, wytłumaczył dlaczego uniewinniono oskarżonego. Motywy wyroku są i fantastyczne i zadziwiające. Po pierwsze — uznano, że reżyser filmowy był tylko bezwolnym narzędziem w ręku min. Goebbelsa i dlatego za czyny swe nie ponosi odpowiedzialności. Po drugie —udowodniono, że produkcja i wyświetlanie filmu „Jud Süss" nie miały wpływu na kampanię antyżydowską i akcję eksterminacyjną, Po trzecie wreszcie — ustalono zasadniczą tezę, że Niemcy nie mogli protestować przeciwko reżimowi hitlerowskiemu. Powiada pan prezes Tyrolf, że skazanie Harlana oznaczałoby w praktyce uznanie każdego Niemca za współwinnego hitlerowskiej zbrodni. I dlatego Veit Harlan został uniewinniony, a rząd poniesie koszty procesu.

Zdaniem prezesa Tyrolfa realizacja filmu — to działalność mechaniczna, nie wymagająca akceptacji twórczej reżysera. Jakże dziwnie wobec tego brzmią dawne wywiady i wypowiedzi tego samego Harlana o doniosłej misji artystycznej filmowego reżysera. A zresztą, dlaczego specjalizował się p. Harlan właśnie w obrazach o dużym ładunku politycznym? Przecież mógł, tak jak jego koledzy niemieccy: Forst, Engel, Hansen czy wielu innych, realizować wiedeńskie i pseudo-wiedeńskle operetki. P. Tyrolf dowodzi dalej, że Niemcy nie mogli przeciwstawiać się hitlerowskiej tyranii, i że każdy członek narodu niemieckiego musiał być bezwolnym wspólnikiem reżimowych zbrodni.

Wyrok sądu niemieckiego w Hamburgu nie jest właściwie niespodzianką. Brytyjskie władze okupacyjne mają przecież w Hamburgu swój własny ośrodek filmowy i kto wie, czy pewnego dnia nie skorzystają z usług Veita Harlana. A może reżyser znakomitych hitlerowskich przebojów znajdzie zatrudnienie a amerykańskiej strefie okupacyjnej, w Monachium, gdzie również produkuje się filmy. Jak wykazuje praktyka, oba anglosaskie zarządy nie uznają za groźne wyświetlanie obrazów ze stemplem III Rzeszy. Natomiast niebezpieczne są obrazy o tendencjach postępowych, mogące przysłużyć się prawdziwej denazyfikacji, jak np. film rysunkowy „Braterstwo rodzaju Iudzkiego", który w prosty ale przekonywający sposób rozprawia się z hitlerowskim mitem wyższości rasowej. Przygotowano 100 kopii krótkometrażówki w opracowaniu niemieckim, celem wysłania do szkół w strefie amerykańskiej. Do tej chwili jednak żadna ze szkół nie otrzymała filmu, ponieważ jeden z generałów amerykańskich zabronił wysyłki i kazał zamknąć wszystkie kopie w archiwum. Powody tego zakazu były następujące: generał obawiał się, że przedstawiciele Stanów Południowych w Kongresie mogą oskarżyć go o pro-murzyńską propagandę. Drugi przykład jest jeszcze bardziej znamienny: inny generał zamknął w Waszyngtonie na 7 kluczy pełnometrażowy film, zrealizowany przez oficjalną jednostkę filmową rządu Stanów Zjednoczonych o historii partii hitlerowskiej i Norymberskim procesie. Jak pisze prasa nawet sędzia Sądu Najwyższego nie potrafił zdobyć kopii tego filmu dla pokazania go prasie.

Taki jest morał procesu Veita Harlana i taka jest krótka poglądowa lekcja teorii rasizmu w anglosaskim wydaniu anno domini 1949.

JERZY TOEPLITZ