Archiwum

Sitges 78. Horror nierówny horrorowi

Czy wiecie państwo, co to są Zombi? To żywe trupy. W jednym z filmów angielskiej wytwórni Hammer przedsiębiorczy kapitalista zatrudnił Zombi w swojej fabryce. Ciągnął z tego krociowe zyski, bo - jak łatwo zgadnąć - nie musiał tym robotnikom nic płacić, jako że wzorowi nieboszczycy nic nie jadają, a mieszkają za darmo w grobach.

Jakże zresztą nie wierzyć w irracjonalizmy skoro na XI Festiwalu Kina Fantastyki i Horroru w Sitges Waszemu przedstawicielowi, zupełnie dotąd nie znanemu w kołach światowej demonologii zaproponowano udział w jury. I tylko po części fakt ten daje się wyjaśnić atrakcyjnością nazwiska w kraju Don Juana czy Don Carlosa. Stało się to chyba z pożytkiem dla czytelników, jako że na 14 konkursowych filmów pełnometrażowych (i pięć krótkich) patrzyłem podwójnie zobligowany, od gwizdka do gwizdka, bez szwendania się po plaży i nadużywania czerwonego wina.

Horror ekologiczny


Aż trzy filmy siały grozę pokazując inwazję na ludzi rozmaitych owadów: meksykańskie „Pszczoły" Alfredo Zachariasa oraz amerykańskie „Tarantule" Stuarta Hagmana i „Mrówki" Roberta Scheerera z udziałem stareńkiej już Myrny Loy. Motyw zagrożenia ze strony masowych społeczeństw owadzich nie jest nowy. Te doskonale funkcjonalne struktury organizacyjne zawsze napełniały człowieka podziwem, ale i lękiem przed możliwością konfrontacji z nimi ludzkiej cywilizacji, tak przecież rozrzutnej w wydatkowaniu energii życiowej na cele nie mające żadnego związku z zachowaniem gatunku.

Niestety, nie ma w tych filmach nic z „Kroniki Hellstoma" ani choćby z „Ptaków" Hitchcocka. Są to ogony po serii filmów katastroficznych w rodzaju „Trzęsienia ziemi", które za małe pieniądze i bez gwiazd starają się odcinać kupony od popularności tamtych. Jak w japońskich Godzillach, i tu momentem sprawczym, wytrącającym owady z ich norma hymn bywa nie zamierzony kontakt ze zdobyczami współczesnej techniki: promieniowanie w „Pszczołach", zrujnowanie przez spychacz mrowiska w „Mrówkach". Jednak sam atak na ludzi i obrona rozgrywane są według pomysłów banalnych, już ogranych. Oto mrówki atakują hotel, w którym schroniła się garstka mieszkańców. Odcięci od świata, przenoszą się coraz wyżej, wypierani przez nacierające milionowe kolumny. Mini-społeczność ludzka okazuje się oczywiście podzielona według uświęconych schematów: biznesmen - tchórz - ginie, prosty człowiek dokonuje cudów zręczności, aby uratować kogo się da itd. Jedynie mrówki są autentycznie naturalne i człowiek zaczyna się odruchowo kręcić, gdy stopniowo pokrywają nagie ręce bohaterów, ich nogi i twarze, gdy włażą do oczu, uszu, nosa...

Jeśliby już przyjąć określenie „horror ekologiczny", pasuje ono, jak ulał, do australijskiego filmu Collina Egglestona „Długi weekend". Tu się nie straszy owadami, reżyser strzela wyżej. Oto małżeństwo w średnim wieku, trochę sobą zmęczone i neurotyczne w typowy dla konsumpcyjnego dobrobytu sposób, rusza w busz i dzicz, na dziewiczą, nadoceaniczną plażę. Będą się starali odnaleźć siebie, swe uczucia, prawdę o sobie, wspaniałomyślność, przebaczenie. I nie mogą, nie potrafią. Horror przychodzi niezauważenie. Krzyk lwów morskich umierających na plaży (radio nadało komunikat o wybuchu chińskiej bomby atomowej), które zawodzą dziecięcym, bezradnym płaczem, groźne misterium nocnego życia, nieprzeniknionej dla ludzkich oczu puszczy, łączą się i pogłębiają nastrój rozgoryczenia i samotności bohaterów, którzy będąc obok siebie nie są w stanie być z sobą, silni jedynie siłą owych koni mechanicznych, które drzemią pod maską „Landrovera", wielostrzałowego sztucera, innych cudów techniki, pozwalających im na bezpieczny biwak. Pozbawieni swych cudownych, technicznych protez, zostają sam na sam z dziką przyrodą, która potrafi wziąć odwet za cyniczne nierespektowanie je podstawowych praw.

Myślę, że ten typ horroru zbudowany jest na niepokojach dziś najbardziej powszechnych. 

Straszenie okrucieństwem


Dziennikarka, która udała się do samotnej willi nad jeziorem, aby popracować nad artykułami w sprawie swobody obyczajowej, jest przez pierwsze pół filmu gwałcona na wszystkie możliwe sposoby przez czterech jurnych drabów i gania nago po lesie, srodze zbita i sponiewierana. Za to w drugiej części mści się okrutnie na swych prześladowcach, bez pomocy prawa i policji. Wabi ich do siebie pojedynczo, prowokuje erotycznie, a następnie z lubością i w bardzo wyszukany sposób uśmierca, pozbawiając uprzednio męskości. Krew bucha po łazienkowych kafelkach, woda w jeziorze różowi się i bulgoce. Tak pokrótce wygląda treść filmu 
Dzień kobiety” Meira Zarchiego, którego producentem jest Joseph Zbeda z Nowego Jorku.

Wielu reżyserów, o których nikt nie słyszał, i producentów, którzy postanowili tanim kosztem zrobić duże pieniądze, uznaje to skrzyżowanie okrucieństwa z pornografią za najpewniejszą drogę do sukcesu. Takiż jest włoski film „Siódma kobieta” Franco Prosperiego (i to z kim? z Florindą Bolkan). Tu dla odmiany czterech gangsterów terroryzuje gromadkę dziewcząt przebywających w pensjonacie prowadzonym przez siostrę zakonną. W sprawy kolejnych mordów i wyrafinowanych gwałtów wplątano przykazanie o miłości bliźniego, dowodząc w końcówce, że drani kochać nie należy, a raczej iść za przykładem siostry przełożonej (zgwałconej zresztą w pierwszej kolejności) i uśmiercać napastników wszystkimi dostępnymi metodami.

Degeneruje się chyba także B-klasowy film angielski, nieprześcigniony kiedyś w dziedzinie horroru psychologicznego. I znów - wedle schematu. W „Księżycu zabójców” (Killers Moon) Alana Birkinshawa kilku wariatów ucieka z kliniki, morduje przypadkowo spotkanych ludzi, a następnie opanowuje gustowny zameczek, pełen niewinnych dziewcząt, które tu z dwiema nauczycielkami zatrzymały się na nocleg. Noc - jak się łatwo domyślić - będzie gorąca. No i jak państwo myślicie, ile nastolatek zostanie zgwałconych i zabitych, bardzo zresztą wymyślnie, zanim dwaj dzielni młodzieńcy biwakujący nie opodal zorganizują jakąś pomoc?

Nawet klasyczny motyw wampiryczny został wprzęgnięty do sadystyczno-pornograficznego rydwanu. Angielska „Zdobycz” Normana J. Warrena prezentuje wampira kosmitę, który na zlecenie swych mocodawców stara się poznać obyczaje Ziemian. Trafia oczywiście na parę lesbijek, co znacznie uatrakcyjnia i tak niekonwencjonalne zabawy miłosne. Zgodnie jednak z dobrą anglosaską dewizą, że wszystkie nieszczęścia biorą się z łamania uznanych zasad i hierarchii, sielanka kończy się pożarciem panienki przez młodzieńca, którego zapragnęła posiąść erotycznie na złość swej „męskiej” przyjaciółce.

Solennie obiecuję powstrzymać się od dalszych streszczeń, jako że przytoczone w pełni reprezentują poziom myślowy, cel i przeznaczenie tego rodzaju horrorów. To typowe produkty półpomo z rozbudowanymi scenami przemocy, których sporo nawet w dużych kinach wielkich, europejskich metropolii. Bylebyśmy tylko nie utożsamili całej produkcji horrorów z tą grupą nadużywającą w ewidentny sposób wspólnego szyldu. Może to dobrze, że pan Rafales zaprasza do Siges i kryptohorror, bo przynajmniej od razu staje się wiadome, co ten gatunek zaśmieca, ciągnie w dół.

Nurt sataniczno-psychopatologiczny


Motywy psychopatologiczne i sataniczne, zainicjowane „Wstrętem” i „Dzieckiem Rosemary” Polańskiego, które zapoczątkowały lawinę naśladownictw, takich jak „Egzorcysta” czy „Omen”, pojawiły się w niektórych filmach konkursowych, ale o twórczej kontynuacji za wcześnie mówić. Dość udaną syntezę obu tych motywów stworzył Mario Bava we włoskim filmie „Szok”, z tym że i on akcent kładzie raczej na spektakularny wyraz samego straszenia, a nie pogłębia i nie rozwija elementów tworzących intelektualne podglebie całej serii. Miesza oba motywy, uzyskując w ten sposób nowe kombinacja suspensu i grozy. Bezwzględnie inscenizuje, ukonkretnia patologiczne majaki bohaterki, sataniczne właściwości jej piegowatego synka, stawia kropki nad „i”, gdzie jego poprzednicy zawiesiliby głos, sugestie zastępując obrazem wydarzenia w całej jego dosłowności. Bądźmy jednak sprawiedliwi: Bava robi to umiejętnie, nie bez maestrii warsztatowej. Unika pornografii, choć nie szczędzi wrażeń, od których włos się jeży na głowie.

Czymś zgoła odmiennym popisał się brazylijski Mefisto z paznokciami sześciocentymetrowej długości - José Mojica Marins - który nosił się w Sitges na czarno, w cylindrze i pelerynie do samej ziemi. Prezentował aż dwa filmy - żałosne. Znajomość warsztatu filmowego prawie zerowa, natomiast aspiracje intelektualne - na miarę proroka. W filmach, gdzie sam siebie odtwarza, jak również na konferencjach prasowych i spotkaniach z widzami wciąż chciał dowieść terapeutycznych właściwości obrazów okrucieństwa na ekranie, sobie przypisując zresztą rolę medium pośredniczącego między ludźmi i tajemnicą „tamtej strony”. Prymitywizm stosowanych efektów z wciąż powtarzającym się motywem kanibalizmu, ignorancja myślowa, szarlataneria obliczona na poklask najprymitywniejszych widzów spotkały się w festiwalowym kinie „Retiro” z totalną odprawą publiczności. Wygwizdano filmy i jego samego, a także ten fragment werdyktu jury dziennikarzy, w którym przyznawano mu specjalne wyróżnienie. Pewnie pomógł tu jakiś mały diabełek?

Na koniec zostawiłem sobie film, który w najdojrzalszej formie łączy motywy sataniczne i psychopatologiczne i - choć pełen efektów - nie jest efekciarski, bezwzględnie przelicytowuje całą resztę mądrym dystansem wobec pokazywanych zdarzeń, jest dowcipny i przewrotny w wymowie, groźny i zabawny zarazem. Taki, jaki powinien być współczesny horror, który nie podrabia klasyki gatunku, ale rozwija znane czy przeczuwane motywy niesamowitości. Film nazywa się „Patrick”, a jego twórcę, Richarda Franklina nagrodziliśmy za najlepszą reżyserię. Znowu więc film australijski - najlepszy.

Świetnym pomostem, na którym spotykają się tu inspiracje idące od fal filmów satanicznych i psychopatologicznych, okazała się poetyka science fiction, która jakby przebranżawia te motywy, delikatnie, ale wyraźnie zmienia ich znaczenie, odrywa od dosłowności, kierując w stronę twórczej fantazji, niepozbawionej przecież elementów wyraźnej satyry społecznej i obyczajowej. Patrick od trzech lat leży w szpitalnej separatce nie mówiąc i nie ruszając się, jako ofiara szoku, którego sam był sprawcą: rzucił był elektryczny grzejnik do wanny, w której baraszkowała z jakimś panem rodzona mamusia. Prąd elektryczny jest też jedynym jego łącznikiem ze światem, jako że podłączony do licznych mechanizmów kontrolno-stymulujących proces życia wciąż jest pod napięciem. Dopiero pojawienie się pielęgniarki, która włącza do kontaktu w jego pokoju maszynę do pisania, daje pierwszą możność zrealizowania owego dialogu ze światem. Czego tu nie ma? Maszyna pisze sama listy, napięcie elektryczne staje się przedłużeniem woli Patricka, który na odległość przesuwa meble, unieszkodliwia knowania tajemniczych wrogów itd. Jednak to kuglarstwo ma racjonalne podkładki w zdarzeniach, które mogłyby wywołać takie same skutki bez udziału nie zidentyfikowanych mocy. Wciąż tedy gimnastykujemy umysł, cierpliwie oddzielając przyrodzone od nadprzyrodzonego, raz po raz wpadając w pułapki własnych racjonalizmów i irracjonalizmów. Gra jest emocjonująca. Reżyser tak kluczy, tak zaciera tropy, wciąż używając z pozoru jednoznacznych symboli (sąsiad wariat, lekarz o twarzy Mefista, przełożona pielęgniarek o wyglądzie mniszki zdeprawowanej przez diabła), że do końca trudno orzec, czy to prawdziwy szatan w tym palce macza, czy jarmarczny diabełek tylko, czy są to majaki zdewiowanej psychiki, czy też nie zobowiązujące sci-fi, na zakończenie którego można mrugnąć znacząco do widza okiem umarłego przed chwilą Patricka...


Festiwal w Sitges nie jest wielkim festiwalem i trudno na podstawie prezentowanych tu filmów oceniać globalną sytuację horroru. Próbowałem wyróżnić jakieś tendencje, horror ekologiczny, straszenie okrucieństwem, nurt sataniczno-psychopatologiczny. Czy taka stratyfikacja rzeczywiście istnieje? Na pewno mniej jest dziś bezpośrednich kontynuacji horroru klasycznego, filmów o rozmaitych pociotkach Frankensteina, Draculi etc. Nawet wampirom chętnie przydaje się koneksje z UFO. Realne zagrożenie człowieka, wynikające z zachwiania równowagi ekologicznej, powinno chyba zaowocować kolejnymi filmami, a dochodzi do tego jeszcze^ sprawa inżynierii genetycznej, transplantacji, ekspansja rozmaitego rodzaju psychoz i nerwic, które wciąż są ośrodkiem zainteresowania opinii publicznej.

Tylko czy człowiek rzeczywiście chce, aby go straszono tym, czego się boi naprawdę?

Czesław Dondziłło

NAGRODY

Złoty Medal za realizację: Richard Franklin za film PATRICK (Australia);
Srebrny Medal za scenariusz: Mario Bava i Giuseppe Maccari za SHOCK („Szok", Włochy);
Srebrne Medale za kreacje aktorskie: CAMILLE KEATON za film „Day of the Woman” („Dzień kobiety”, USA) i JOHN HARGREAVES za film „Long Weekend” („Długi weekend”, Australia);
Srebrny Medal za zdjęcia: Jaroslav Kučera za ADÉLA JEŠTĚ NEVEČEŘELA („Adela jeszcze nie jadła kolacji”, CSRS);
Srebrny Medal za efekty specjalne: Dan Genis (Chubby) za LAS ABEJAS („Pszczoły”, Meksyk - USA):
Nagroda Jury Krytyki Międzynarodowej: DŁUGI WEEKEND w reż. Collina Egglestona; wyróżnienia specjalne dla reżyserów Richarda Franklina (Australia) i José Mojica Marins (Brazylia).