Archiwum

Kronika miłości niemożliwej

Podobała się czy nie? Dobra była ta ekranizacja „Lalki" czy nieudana? Ilu widzów - podejrzewam - tyle opinii. A jeszcze na dodatek w żywej przytomności kinowa adaptacja Wojciecha Hasa sprzed dziesięciu lat. No i te porównania: Małgorzata Braunek - Beata Tyszkiewicz, Jerzy Kamas - Mariusz Dmochowski, Bronisław Pawlik - Tadeusz Fijewski. Wkoło tłum figur z zagranicznych seriali; opinia toczy się chimerycznie: „Palliserowie to dopiero był styl i szyk" - a inni z rafinadą wykształconą na „Colombo” dodają: „Panie na Mogadorze” cokolwiek się wlokły. Nie ma łatwego życia w tej konkurencji nawet tak duży serial jak „Lalka" Ryszarda Bera, podawany telewidzom w półtoragodzinnych odcinkach przez dziewięć niedzielnych wieczorów. Włączyli się już znawcy arystokratycznej etykiety i twierdzą, że Beata Tyszkiewicz była nie do zastąpienia, bo „była po prostu Izabelą", kiedy tym czasem „panna Braunek robi, co może, aby poruszać się jak arystokratka”, a sypie się co chwila. Tak samo zresztą Dmochowski, ostrzejszy i mniej sympatyczny od Kamasa, sprawiał jednak to, że jego Stachowi bardziej się współczuło.

Zanim przejdziemy do wątpliwości, godzi się rozstrzygnąć kilka ogólniejszych, a fundamentalnych dla „Lalki" kwestii, iżby nam fatałaszki damskie i źle zaprezentowane fiszbiny baronowych kołnierzyków nie przysłoniły tego, co najistotniejsze Pana prusowa „Lalka" wciąż należy do najpoczytniejszych książek kanonu polskiej klasyki. Niedawno ukazało się trzydzieste drugie po wojnie wydanie (PIW) w nakładzie 50 tysięcy egzemplarzy, co daje 1450 tys. łącznego nakładu książki. Skąd bierze się nieprzemijające zainteresowanie utworem dość w końcu stareńkim i wcale nieprzygodowym? Cóż tam siedzi w środku tej powieści, że wciąż jest na nią zapotrzebowanie, że teatr (np. Adama Hanuszkiewicza), film i telewizja mogą ją adaptować i niemal w ciemno liczyć na masowy odbiór?

Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. To prawda, że kronikarz Warszawy, jakim był Bolesław Prus, osadzając akcję powieści w konkretnym historycznym czasie (od pierwszych miesięcy 1878 roku do października następnego roku) i nasycając ją mnóstwem autentycznych wydarzeń, faktów, a nawet plotek z tamtego okresu, działał na wyobraźnię współczesnych, ale przecież dla potomnych jest to już palimpsest nie do rozszyfrowania bez uczonych monografii i dodatkowych opracowań. Prus stworzył - co także nie podlega dyskusji - najbardziej przekonujący obraz literacki, a nawet socjologiczny, jak chcą niektórzy, Warszawy ostatniej ćwierci XIX wieku. Dał przekrój całego społeczeństwa, od arystokracji do biedoty z Powiśla. Wszystko to zostało przez Bera zrekonstruowane z pieczołowitością. Aleć przecie realistyczny wizerunek tej konkretnej rzeczywistości to zaledwie kanwa fabuły, tło, które trzeba było zapełnić dramatami, konfliktami, tchnąć w nie wielkie namiętności, rozpalić emocje, stworzyć z tego wszystkiego sztukę, aby nawet po stu latach nie wracało się tu po to tylko, żeby ustalić topografię warszawskich kamienic.

Może więc konflikt idei? Pozytywizm kontra romantyzm? Arystokracja przeciw burżuazji? Nie bez kozery powie dr Szuman na wieść o eksplozji w zasławskich ruinach: „Stach zginął przywalony resztkami feudalizmu". To nie jest najmocniejsza interpretacja, chociaż - trzeba to lojalnie odnotować - najpopularniejsza w egzegetyce szkolnej. Wokulski ofiarą klasowego konfliktu. Jego wspaniała miłość nie mogła się spełnić, bo na przeszkodzie stanęły przesądy i uprzedzenia arystokratycznego środowiska.

Ale jaki z Wokulskiego pozytywista i organicznik, jaki przedstawiciel nowej klasy, skoro zbiwszy szczęśliwym trafem fortunę czym prędzej stara się jej pozbyć, w nosie mając całe kupiectwo, co deklaruje wyraźnie niejeden raz. Toż to typowy szlachetka wysadzony z siodła, który stworzywszy z handelku trampolinę stara się wyskoczyć nawet wyżej, niż był w momencie urodzenia. To na filantropii i szastaniu pieniędzmi ma polegać społeczna filozofia i psychologia handlu jako dźwigni rozwoju społecznego? A cóż to z kolei za romantyk z niego, skoro do wybranki serca zaczyna podchodzić z wdziękiem parweniusza lichwiarza, co to pannę postanowił kupić i basta. Wariat kompletnie sfiksowany na punkcie miłości. Otóż to. Bez rozwiązania zagadki tej obłąkanej miłości „Lalka” sypie się jak niedomyślany brulion. Musi być więc w tym obrazie miłosnego zauroczenia jakaś prawda, która spaja niezborne z pozoru elementy, tajemnica zapewniająca nieprzemijającą atrakcyjność. Musi w tym być jakaś prawda nadająca całości walor prawdziwego dzieła sztuki.

Klucz socjologiczny zbyt tę sprawę upraszcza. Jan Kott w 1947 roku objaśnił owo parcie Stacha ku Izabeli tezami z ekonomii politycznej, wedle której wielki przemysł i arystokracja musiały się ze sobą łączyć, dając zaczyn kapitalizmu w królestwie. Stąd rzekoma papierowość tej miłości i pęknięcie wewnętrzne powieści. Maria Dąbrowska w 1954 roku, jakby cokolwiek nie dowierzając interpretacji Kotta, próbowała wyjaśnić, jak to się dzieje, że powieść „pęknięta wewnętrznie" i to „wzdłuż postaci” głównego bohatera od tylu pokoleń jest wciąż czytana z zajęciem i wzruszeniem. Co najciekawsze, „Lalka" cieszyła się poczytnością nawet u tych pokoleń, „które przecie nie orientowały się jeszcze, że jej największą wartością jest »obraz mieszczaństwa polskiego w okresie rozwoju kapitalizmu i wrastania kapitalizmu w imperializmu«". Czy nie działo się tak za sprawą psychologicznej prawdy opisanego w „Lalce” romansu?

Ten ostatni trop wydaje się najpłodniejszy; w tym samym duchu interpretowała też „Lalkę" Zofia Nałkowska, nie za wiele przejmując się klasowymi uwarunkowaniami miłości Wokulskiego. Komu zaś jak komu, ale Nałkowskiej w dziedzinie psychologii miłości można chyba zaufać. Miłość Wokulskiego do panny Łęckiej nie mogła się spełnić nie dlatego, że on był nisko w hierarchii społeczno-towarzyskiej, a ona wysoko, tylko dlatego, że Stach pod pozorami idealizmu romantycznego skrywał beznadziejnie egoistyczne pragnienie samoutwierdzenia własnej męskiej wielkości w oczach Izabeli. „Obawiając się niestałości młodej i pięknej Izabeli powiada dumnie: »chyba jestem wart tego, by być jedynym«. Dlaczego? (...) - zapytuje bardzo przytomnie Nałkowska - w jego uczuciu dla Izabeli nie ma zupełnie czułości, nie ma miejsca na porozumienie, na żadną tkliwość. Jest tylko surowe żądanie od niej, aby była doskonała, rozpaczliwe żądanie, aby potęgę i naturę jego uczucia za wszelką cenę usprawiedliwiła. (...) Nie trzeba było wcale aż Izabeli, by ponieść tu całkowitą porażkę" (wszystkie cytaty pochodzą z antologii Henryka Markiewicza „Lalka Bolesława Prusa", Czytelnik 1967).

Serial Bera przez to, że tak wierny tekstowi Prusa, tę podstawową wartość „Lalki", ową sugestywną monografię miłości Wokulskiego przenosi z całym dobrodziejstwem inwentarza. Warto zwrócić uwagę - u Hasa ten wątek wypadł - jak nieodwzajemnione uczucie Izabeli znajduje psychologiczny odpowiednik w nieodwzajemnionej miłości Wokulskiego wobec pani Stawskiej. A tu już przecież różnic klasowych nie ma! Jeśli tedy ów psychologiczny fenomen uznamy za centralny motyw powieści, to okaże się, że obsada głównych ról w serialu jest wprost idealna. Izabela ani nie musi być superarystokratką, ani nawet sexy-kokietką, ma tu bowiem działać dialektyka uczuć, a nie walki klas albo walki płci. Tak samo Kamas może być mniej ekspresyjny, bo jest on nieustannie „komentowany" przez licznych protagonistów. Stary Ignacy Rzecki to zupełnie oddzielny rozdział serialu. Bronisław Pawlik w roli subiekta stworzył moim zdaniem absolutnie genialną kreację. Pamiętnik, uzupełniający czas akcji i cofający ją aż do wojen napoleońskich - chociaż mógł cokolwiek nużyć ograniczonym zestawem chwytów narracyjnych (głos spoza kadru, mówienie do kamery, inscenizacja tekstu pamiętnika) - to jednak, oddajmy co boskie Bogu, świadomy zabieg konstrukcyjny samego Prusa. Zabieg dobrze wykalkulowany, chociaż pierwsi krytycy książki nie dostrzegali jego dramaturgicznej roli. Jak pamiętamy, Has wyeliminował go zupełnie, ale jego „Lalka" była jednorazowym spektaklem kinowym. Tymczasem wstawki z pamiętnika Rzeckiego nie tylko uzupełniają pejzaż historyczny akcji, nadając jej epicki rozmiar, ale komentują zdarzenia; humor i melancholia Rzeckiego udatnie rozdzielają sceny gorzkich medytacji Wokulskiego, czasem służą przerwaniu akcji, przynoszą widzowi swoiste odprężenie.

Nie zawsze chyba Berowi udało się oddać cały humor Prusa, tak obficie obecny, zwłaszcza w wątkach pobocznych, oraz komizm wielu postaci drugoplanowych. Świetny jest Wołłejko jako baron Krzeszowski, ale już postacie studentów nie są w filmie tak śmieszne jak w książce, a także scenki rodzajowe w piwiarni czy w sądzie wydają się być udowcipniane na siłę. Może inwencji nie starczyło realizatorom, a może cały dowcip tkwi bardziej w słownym opisie tych sytuacji aniżeli w akcji wydarzeń opisywanych.

Mija sto lat od czasu, kiedy rzeczy działy się „naprawdę”. „Lalkę” drukowano w odcinkach w „Kurierze Codziennym”, my ją obejrzeliśmy w odcinkach emitowanych przez telewizję. Powieść w odcinkach była forpocztą kultury masowej. Telewizja jest tej kultury ideałem, zaś telewizyjnym ideałem jest powieść nadawana w odcinkach. Koło się zamknęło. Wszystko się zmieniło na tym świecie od czasów Bolesława Prusa. Odkryto wiele tajemnic, zrealizowano wiele utopijnych zda się idei, a wciąż największą tajemnicą człowieka, jak i kiedyś, bywa sam człowiek i jego psychika, namiętności, niepokoje, nadzieje i zwątpienia, a przede wszystkim uczucie miłości, wciąż niezdefiniowane, otwarte, tajemnicze i wciąż zniewalające.

Czesław Dondziłło

„LALKA”. Reżyseria: Ryszard Ber. Scenariusz wg powieści Bolesława Prusa: Aleksander Ścibor-Rylski, Jadwiga Wojtyłło. Zdjęcia: Jacek Korcelli. Muzyka: Andrzej Kurylewicz. Scenografia: Andrzej Płocki (w cz. VI: Andrzej Haliński). Wykonawcy: Małgorzata Braunek, Jerzy Kamas, Bronisław Pawlik, Alina Janowska, Czesław Wołłejko, Emil Karewicz, Marta Lipińska, Włodzimierz Boruński i inni. Produkcja: Zespół „Pryzmat” dla TVP.