Archiwum

Wyższa matematyka misiowa

Fakt powstania trzeciego polskiego pełnometrażowego filmu „Colargol zdobywcą kosmosu" należy powitać z radością, ale w tej radości niech będzie ziarenko gorczycy.

Miś Colargol ugina się pod brzemieniem popularności i nagród zdobytych na festiwalach krajowych i międzynarodowych. To nie jest ciężki ciężar, to jest ciężar wesoły i słodki, z nim można jeszcze długo wędrować przez ekrany świata z równym powodzeniem jutro, co wczoraj i dziś. Colargol jest firmą, która się liczy. Od chwili premiery „Poranku Misia” minęło dziesięć lat - to dość dużo na ukształtowanie się i okrzepnięcie misiowej pozycji w świadomości odbiorców. To bardzo dużo, nadto dużo na utrzymanie się w poziomie gustów odbiorców; mody filmowe, nawet w filmach dla dzieci, mają bowiem krótkie cykle, więc omijanie cykli, przechodzenie obok albo ponad - możliwe jest tylko w wyjątkowych wypadkach, na czym zaś ta wyjątkowość polega - powiedzieć nie potrafię. Ta wyjątkowość to uniwersalność, ale na czym polega uniwersalność - powiedzieć nie potrafię. Colargol jest bajką, a bajki mają dłuższe życie niż wszystkie opowieści wzięte wprost z życia. Operują stereotypami postaci, sytuacji, symboli i rekwizytów, a stereotypy mają dłuższe i bujniejsze życie niż wszelkie efektowne antyschematy odkryte na użytek bieżącej chwili. Stereotyp Dzikiego Zachodu kształtowany przez lata w kinie i literaturze jest cząstką świadomości widzów i czytelników, której się nie da łatwo z tej świadomości wyplenić. Colargol na Dzikim Zachodzie, Colargol stereotypowy w stereotypowym kraju trafia więc bezbłędnie w te rejony oczu i mózgu, w których jest przygotowane już od dawna miejsce dla Colargola na Dzikim Zachodzie.

Colargol kosmiczny trafia z kolei w miejsce zarezerwowane dla starej baśni i w miejsce zarezerwowane dla rewelacji ze świata nauki i praktyki zdobywania przestrzeni międzyplanetarnych, to nie są aż tak bardzo odległe sprawy. Poza tym, co wiemy z gazet i telewizji i uczonych książek, to wszystko, co jeszcze nie zostało przez wysłanników z Ziemi dotknięte, sprawdzone i zbadane, to wszystko jest jeszcze nieznane, fascynujące, a więc i fantastyczne. Udowodniony jest więc brak powietrza na Księżycu, ale nie jest udowodniona nieobecność Mechanicznego Niedźwiadka czy też wróżki Carabosse w Gwiazdozbiorze Fantasmagorii. Zanim więc Gwiazdozbiór Fantasmagorii nie zostanie przez wysłanników z Ziemi dokładnie zbadany - a nic na to nie wskazuje - film „Colargol zdobywcą kosmosu'' nie zatraci swej atrakcyjności.

Więc Miś i Kruk, i Szczurek Hektor, załoga - bądźmy szczerzy - niezbyt dobrze wykwalifikowana, wędrują w kosmos wprost z Bois Joli do światów nieznanych, jakie tylko mogą powstawać w dziecięcych główkach, w których się kojarzą nieoczekiwanie rzeczy widziane, wymyślone z tymi rzeczami opowiedzianymi przez babcię. Gdzieś się słyszało o wróżce Carabosse, gdzieś się widziało prawdziwą koparkę, niedźwiadki mechaniczne można kupić w sklepie. Wystarczy zatrzeć granice pomiędzy maszyną a zabawką a starą bajdą francuską i już powstaje nowa wartość. Minąć granice realnego kosmosu i dostać się w kosmos wymyślony. I znowu inna wartość. I tak dalej, i tak dalej; robi się coś, co by można było nazwać matematyką artystyczną, której reguły są tak trudne do zrozumienia i przez artystów i przez odbiorców, bo prawdziwy artysta nie powinien znać tych reguł i prawdziwy odbiorca także nie, bo sztuka, nawet tak skromna jak sztuka pokazywania misia wśród gwiazd jest nadawana na innych falach i odbierana na innych falach niż tabliczka mnożenia i wspaniałość piramid.

Powiecie - zwariował stary Arcitenens. Kiedyś Colargola tępił, potem poklepywał go po kosmatym ramieniu, potem wyrażał się w sprawie z niekłamaną sympatią, a teraz bredzi teorie o misiowej sztuce. Widocznie coś się zmieniło przez dziesięć lat w Arcitenensie, a może także i w Colargolu, który swą ilość przemienił w jakość, który w jakiejś tam świadomości znalazł jeszcze jakąś komórkę do wynajęcia.

Żal mi jeszcze osobiście, że „Colargol zdobywcą kosmosu" jest typowo męskim filmem, filmem męskiej przygody, że nie ma w nim ani niedźwiedziczki Nordynki, białej romantycznej i ospałej królowej śniegu, ani półdzikiej Gryzeliny - dżinsowej, pełnej temperamentu panienki niedźwiadkowej, księżniczki prerii. Kobiety są potrzebne w kinie jak i w życiu choćby po to, żeby robiły zamieszanie. Bez kobiet może być zdobycie, odkrycie, dramat, a nawet tragedia. Ale bez udziału kobiety nie może się odbyć żadna autentyczna i wiarygodna awantura.

I dlatego premiery nowego pełnometrażowego polskiego filmu animowanego nie można przyjąć bez nutki goryczy.

Arcitenens