Archiwum

Dziewczęta z Nowolipek

W jubileuszowym roku odrodzenia się polskiej państwowości kontynuujemy cykl publikacji poświęconych przedwojennemu kinu polskiemu. W naszych pisanych po tatach recenzjach przypominamy najciekawsze filmy dwudziestolecia, próbując na nie spojrzeć z perspektywy dnia dzisiejszego. Za udostępnienie filmów dziękujemy Filmotece Polskiej.

Nie mam ja nabożeństwa do naszej przedwojennej twórczości filmowej, która w większości - troszkę wbrew temu, co się przy rocznicowych okazjach zaczęło pisać - była jedynie krzywym zwierciadłem Hollywood, oskubanym z barwnych piór pawiem, jąkającą się papugą. Ci nasi producenci - pożal się Boże, rachityczne spółki akcyjne, plajtujące po jednym tytule, te pseudosalony w dworkach z kolumienkami, te dramaty fabularne rozdzierające serca kucharek, to sadzenie się na wielki świat, kiedy prowincjonalizm wyzierał z każdego kąta - toż to żenujące było już nawet wtedy, gdy recenzje pisywali Irzykowski, Słonimski, Zahorska. A ci amanci, zastępy gwiazd i gwiazdeczek srebrnego ekranu, drewnianych, sztucznych, żenujących. Owszem, mieliśmy kilka znakomitości, jak Józef Węgrzyn, Stefan Jaracz czy Stanisława Wysocka, cóż, kiedy tonęli oni w powodzi szmiry scenariuszowej, z trudem tylko znajdując na ekranie miejsce dla zademonstrowania skali i możliwości swych talentów. Węgrzynowi udało się to po części w „Strachach”, a jego słynna „zadumcziwa” sentencja „zawiało cię śniegiem, ojczyzno miła, zawiało", wypowiadana dźwięcznym barytonem, krążyła później powtarzana w rozlicznych kontekstach, pełna dodatkowych znaczeń.

Podobnie Stanisława Wysocka, która zagrała w filmie Józefa Lejtesa „Dziewczęta z Nowolipek” matkę Bronki, starą Mossakowską. Rola niewielka, ale jaka! To wprost niewiarygodne, jak inaczej od całej reszty ekipy zachowuje się przed kamerą pierwsza dama polskiego teatru. Co za nowoczesne środki wyrazu, jaka oszczędność w mimice, geście, jakie operowanie słowem, w którym trudno dopatrzeć się scenicznej maniery. Ale też i film i jego reżyser to sama czołówka przedwojennej kinematografii. Scenariusz „Dziewcząt z Nowolipek”, mimo że podpisany nazwiskami reżysera i jego asystenta, na każdym etapie pracy był konsultowany z autorką dwa lata wcześniej wydanej powieści. „Nasi literaci - pisała w »Bluszczu« po premierze filmu, Stefania Heymanowa - zbyt mało interesują się techniką filmową; toteż gdy nie poznają własnego utworu po gruntownym «odbarwieniu» go przez filmiarzy, muszą wierzyć, iż to, co im wmawiają, że tego właśnie «wymaga» ekran. Gojawiczyńska nie dała się zbyć tym wygodnym powiedzonkom. Walczyła o to, aby nie decydowano «o niej bez niej» (...) uratowała swoje «Dziewczęta» od zwulgaryzowania i przewekslowania ich na tor brukowej sensacji”.

Filmowa wersja „Dziewcząt” w sposób szczęśliwy łączy i wygrywa dwa nurty inspiracji: reżyserskie pragnienie ucieczki od „filmowego” melodramatycznego wzorca rozmaitych „Wilczurów” i „Trędowatych” - ze szczególnym uczuleniem Poli Gojawiczyńskiej na wierność realiom, społecznemu i obyczajowemu konkretowi. Autorka, wywodząca się z robotniczo-rzemieślniczego środowiska, z trudem i o własnych siłach przebijająca się przez życie, z autopsji i to dokładnie znała egzystencję bohaterek takich jak Bronka, Amelka, Franka czy Kwiryna. Na ten konsekwentny realizm anegdoty, ilustrującej losy czterech dziewcząt z jednej czynszówki na Nowolipkach, nakłada się reżyserskie zauroczenie realistycznym filmem radzieckim w stylu „Romansu Mańki Grieszynej” Borysa Barneta, wyświetlanym u nas w 1935 roku. Stamtąd zapewne Lejtes dziedziczy zainteresowanie dla tego typu adaptacji prozy, która polega na twórczym przetwarzaniu, znalezieniu wizualnego ekwiwalentu dla powieściowych rozwiązań dramaturgicznych. Stara się unikać przenoszenia literatury na ekran w sposób mechaniczny. Z wielu motywów rezygnuje, ale nie upraszcza, nie spłyca. Dzięki temu epicki rozmach wielowątkowej powieści ożywa na ekranie, znajduje wyraz w starannie zagospodarowanej przestrzeni w kadrze, uderzającej wielkością planów (głębią) i funkcjonalnie wykorzystanym dźwiękiem. Podkreśla to konsekwentnie stosowana rama narracyjna: widoczny rytm ciągłych powrotów akcji na podwórko kamienicy. Biografie córek sklepikarza, stolarza, praczki - właśnie ze względu na tę ramę - zaczynają znaczyć cokolwiek więcej, aniżeli znaczą, nabierają cech symbolicznych. Ich losy stają się wypadkową podstawowej opozycji dramatyzującej ludzką egzystencję: sprzeczności świata nędznych czynszówek i świata bogatych kamienic.

Z pozoru nie ma w tym żadnej odkrywczości. Mało tego. Wątki poszczególnych dziewcząt, rozpatrywane oddzielnie, bliskie są czasami sentymentalnym historyjkom, jakich wiele kursowało po ekranach czy pojawiało się w brukowej literaturze. Los Bronki (Elżbieta Barszczewska) nosi piętno fatalizmu; zakochana w Ignasiu.(Andrzej Szalawski), legioniście i prawym człowieku, oddaje się w końcu bogatemu przemysłowcowi. Franka (Jadwiga Andrzejewska), dziewczyna o poetyckich zdolnościach, kończy samobójczą śmiercią. Zaś Amelka (Tamara Wiszniewska), której matka marzy o lepszym życiu, wydaje się za starego aptekarza. Ale dzięki owej konsekwentnie stosowanej ramie konstrukcyjnej, dzięki konfrontacji luksusu i szczęścia z bezwyj- ściowością egzystencji poczętej w nędzy i biedzie, dzięki uogólnieniu, które z owej konfrontacji wynika - film Lejtesa tak drastycznie różni się od reszty naszej produkcji tego okresu.

Jednakże wartość filmu zawarta jest nie tylko w jego tendencji społecznej. Twierdzenie o uwikłaniu ludzkiego losu w antagonistycznych układach społecznych dziś już nie poraża ani nowością, ani odwagą. Mimo to film „Dziewczęta z Nowolipek" i dziś ogląda się ze wzruszeniem. Wynika to chyba z wyjątkowej kinowej intuicji reżysera, który adaptując książkę zachował proporcję złotego podziału między wiernością książce i wymogami popularnego kina. Pieczołowicie zrekonstruował psychologiczne zróżnicowanie dziewcząt, tak wyraźne w literackim pierwowzorze, a jednocześnie ocalił myśl nadrzędną utworu, jego społeczne intencje, wyraźnie wskazujące korzenie losowych powikłań bohaterek. W ten sposób uciekł od melodramatycznego banału, ale i nie popadł w łopatologiczny schemat. Tej umiejętności mogłoby mu pozazdrościć wielu współczesnych twórców.

Czesław Dondziłło

Produkcja: Parlofilm, 1937. Scenariusz wg pow. Poli Gojawiczyńskiej: Józef Lejtes i Stanisław Urbanowicz. Reżyseria: Józef Lejtes. Zdjęcia: Seweryn Steinwurzel. Dekoracje: Jacek Rotmil i Stefan Morris. Obsada: Elżbieta Barszczewska, Tamara Wiszniewska, Anna Jaraczówna, Jadwiga Andrzejewska, Mieczysława Ćwiklińska, Stanisława Wysocka, Kazimierz Junosza-Stępowski, Tadeusz Białoszczyński, Andrzej Szalawski, Włodzimierz Łoziński, Stefan Hnydziński, Władysław Grabowski, Hanna Brzezińska, Stanisław Korwin-Karbowski i inni.