Archiwum

Mit agresywny, mit uładzony

Wśród reżyserów amerykańskich, kształtujących na ekranie mitologię gwiazd, niepoślednie miejsce zajmuje Joseph L. Mankiewicz, choć zrazu wydaje się, że pozostaje w cieniu swych sławnych kolegów.

Przynajmniej trzy jego filmy zasługują na uwagę: „List do trzech żon”, „Wszystko o Ewie” i „Bosonoga contessa".

W „Liście do trzech żon" trzy przyjaciółki wyjeżdżają na weekend, oczekując przybycia czwartej. Ta jednak spóźnia się. Wreszcie nadchodzi od niej telegram, który bulwersuje towarzystwo: „Nie oczekujcie mnie, uciekam z mężem jednej z was". Szczęśliwe i spokojne dotąd kobiety popadają w depresję. Gorączkowo rozpamiętują swoje dotychczasowe pożycie małżeńskie i dochodzą do wspólnego wniosku, że właściwie każdy z ich mężów mógłby zdradzić, choć z zupełnie innych powodów. Jedna z pań jest żądna władzy, nieustannie myśli o karierze, przytłacza swą osobowością partnera. Druga przeciwńie, sprawia wrażenie zahukanej, szybko podporządkowuje się woli innych, kieruje się w życiu uczuciem. Wreszcie trzecia jest przykładem typowego, amerykańskiego pragmatyzmu: wyszła za swego męża, gdyż był bogaty, teraz nie chce owego majątku roztrwonić, pomnaża domowe dobra.

Każda z bohaterek ma niewątpliwe zalety, na dobrą sprawę mile przez mężczyzn widziane. Rzecz tylko w tym, jaki kształt zyskują. Jeśli są one jedynym elementem osobowości, rozwijającym się kosztem innych, można mówić o zaburzeniu proporcji, deformacji, obsesji. I taki właśnie stan Mankiewicz w swym filmie opisuje. Nie chodzi mu o krytykę totalnej kobiecości, jego mizoginizm jest subtelny i zawoalowany. Dotyczy pewnej sfery zjawisk uczuciowych, które decydują o anomaliach życia w Ameryce. Nadmiar praktycyzmu, skrzywienie proporcji pomiędzy rozumem i sercem - oto wynik gwałtownie postępującej ekspansji cywilizacji, tyle że widzianej przez pryzmat związków między kobietą i mężczyzną. Cywilizacja dwudziestowieczna niszczy dawne, romantyczne obyczaje, wprowadzając skostnienie, oschłość, wyrodnienie uczuć.

W filmie Mankiewicza chodzi o coś więcej niż wykazanie niszczącej siły zaborczego praktycyzmu. Konflikt leży na linii pomiędzy rzeczywistością a złudzeniami, jakie w związku z nią żywimy. W momencie kiedy trzy przyjaciółki wyruszały na weekend, zdawało się im, że w ich życiu panuje ład i porządek. Wystarczył jeden telegram, aby posiać zwątpienie. Wszystko, co dotąd wznosiły w domowych pieleszach, okazało się sztuczne, oparte na dobrych chęciach, złudzeniach, nie zaś na faktach. Nic to, że przecież telegram dotyczy jednej z niewiast, a więc w stosunku do dwóch innych pozostaje neutralny; ich mężowie znajdują się poza kręgiem podejrzeń. Nie można było jednak powrócić do dawnej sytuacji. Opadły ostatnie zasłony złudzeń, świata wymyślonego. Należało się albo przeobrazić wewnętrznie, albo rozpocząć życie od nowa. Innej możliwości nie było.

Mankiewicz w „Liście do trzech żon” odziera rzeczywistość ze sztucznych związków i wydarzeń, które są niczym innym jak sferą mitologii. Telegram zmyślnej przyjaciółki był tylko papierkiem lakmusowym, zmuszającym do reflesji, rachunku sumienia. Mógł nawet zawierać fakt nieistotny, kobiecy fortel. Rzecz w tym, że trafił na podatny grunt, gdzie podświadome, instynktowne przeczucia nabrały kształtu realnego.

W „Bosonogiej contessie” reżyser idzie jeszcze dalej. Ukazuje, jak sztuczny związek, oparty na zewnętrznych pozorach nie zaś rzeczywistych uczuciach, doprowadza do klęski. Bohaterką jest dziewczyna, która realizuje w swym życiu jeden z rozpowszechnionych mitów współczesnej Ameryki: biedny kopciuszek przeobraża się w znaną i cenioną gwiazdę filmową. Jest tu nawet spełnienie wątku czysto bajkowego: dziewczyna wychodzi za mąż za autentycznego księcia. Ale od tego momentu jej życie prywatne całkowicie rozchodzi się z życiem publicznym. Osobistą tragedię bohaterka przykrywa maską radości, beztroski, wesela. Tylko od tej strony jest znana widowni. Nikt nie wie, co w rzeczywistości kryje się za tajemniczym uśmiechem, błyskiem oczu. Nagły wstrząs wywoła jej tragiczna śmierć, ale prawda nie wyjdzie poza krąg najbliższych. Dwa światy - rzeczywistość i świat pozorów - pozostaną na zawsze do siebie nieprzystawalne.

Bobu filmach Mankiewicz zdaje się rozprawiać z mitologią ekranową, z kultem gwiazd. Można zaryzykować twierdzenie, że w tych przypadkach mit ma charakter destrukcyjny, niszczy mniej lub bardziej szlachetnie ukształtowaną osobowość. Naturalną konsekwencją tego stwierdzenia byłoby zerwanie ze zmyśleniami, aby prawda mogła się nareszcie i w pełni rozwijać. Ale reżyser dochodzi do coraz bardziej sceptycznego wniosku, czy jest to możliwe, gdyż wbrew pozorom oddzielenie mitu od faktów rzeczywistych nie jest takie proste. Obie warstwy świata przeżyć i wrażeń nie występują oddzielnie, skutecznie się ze sobą mieszają i trudno przychodzi je oddzielić. Kiedy prywatna tajemnica nabiera cech powszechnych, zostaje zawsze osobliwie skomentowana i prowadzi własne, odrębne życie, świadomie lub nieświadomie rozpowszechniana przez innych. Nawet śmierć - o czym świadczy „Bosonoga contessa" - nie jest w stanie wprowadzić energicznych i decydujących korekt.

Tajemnicom powstawania mitu, jego osobliwego kultywowania, a później wykorzystania na własny użytek jest poświęcony film „Wszystko o Ewie”. Bohaterką jest tu Ewa Harrington, nieśmiała dziewczyna, jedna z wielu, jakie uwielbiają znaną i podziwianą aktorkę Margo Channings. W przeciwieństwie do innych kultuprawiany przez Ewę nie jest bezinteresowny. Sprawiając wrażenie istoty naiwnej, bohaterka wkrada się w łaski gwiazdy, podpatruje ją nie tylko na scenie, w towarzystwie, ale nawet w garderobie, kiedy przygotowuje się do występów na scenie. Stopniowo dochodzi do zdumiewającego wniosku, że Margo jako kobieta i jako aktorka to jakby dwie różne postacie. Nikt nie zna jej naprawdę, od strony kulis, dla każdego pozostaje gwiazdą o określonych manierach, sposobie bycia, sposobie podawania kwestii na scenie.

Ewa studiując Margo odrzuca wszystko, co pochodzi z jej życia prywatnego, przejmując mit, jaki na użytek widowni aktorka stworzyła swą osobowością. Teraz wystarczy odrobina cierpliwości, kiedy u gwiazdy wystąpią pierwsze oznaki zmęczenia, przesytu. Wówczas przystępuje do ataku. Operując skomplikowanym systemem spojrzeń i gestów porywa za sobą tłumy nie dostrzegające nawet, jak osobowość Margo przechodzi na inną wykonawczynię. Przerażona aktorka zaczyna nagle rozumieć, że większość jej sławy, rozgłosu była nie tyle rezultatem jej talentu, ile ciśnienia otoczenia, gustu widowni, interpretacji krytyków, które kształtowały ją na obraz wyobrażeń ogółu. Dlatego możliwe jest przeniesienie mitu z jednej osoby na drugą, przy powszechnej aprobacie. Wystarczył spryt „nieśmiałej" Ewy, by prawdę tę objawić.

Mankiewicz w filmie „Wszystko o Ewie" daje do zrozumienia, że w gruncie rzeczy najlepsza nawet aktorka nie jest w stanie wykreować mitu swej osobowości. Jest przedmiotem, a nie podmiotem woli tłumów, które kształtują jej typ urody, sposób zachowania, wybierają odpowiednie do tych predyspozycji role. Menedżer, producent, reżyser są tylko skrupulatnymi wykonawcami tego zamówienia, zawsze narażonymi na atak ze strony jakiejś Ewy Harrington, która może zechcieć przejąć tak żmudnie wznoszony mit na własny użytek albo go po prostu obalić, wprowadzając w to miejsce inny.

Do pojęć zmyślenia i prawdy dochodzi jeszcze element manipulacji mitem. Bohaterka filmu „Wszystko o Ewie" ukazuje tylko jedną z możliwości posługiwania się „społecznym zapotrzebowaniem". Jest ich o wiele więcej, Mankiewicz się nimi nie zajmuje, dając jedynie do zrozumienia, że walka z kultem wymyślnych ideałów jest praktycznie niemożliwa. Nie ma praktycznej ucieczki w rzeczywistość, bo mitologia zaatakuje każdego, nawet tego, któremu się wydaje, że jest daleki od sztuczności pozy. Bohaterki „Listu do trzech żon" ledwo sobie ową prawdę uświadamiają, licząc naiwnie, że odrzucając swe obsesje mogą ukształtować życie na nowo, lepiej niż dotychczas. Psychopatka z filmu „Nagle, ostatniego lata" wyleczy się z depresji, ale tragiczna świadomość rzeczywistych wartości partnera pozostanie w niej do końca życia. Mit szlachetności i bezinteresowności będzie żył nawet po śmierci bohatera „Spokojnego Amerykanina", przeżyje jego nędzne, nikczemne zachowanie w życiu doczesnym.

Wszystko to są utwory Josepha L. Mankiewieża powstałe już po trzech filmach z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych, w których tak dramatycznie mierzył się z mitologią Hollywoodu. Widać już pojednanie i rezygnację. Dlatego też kręcąc „Kleopatrę", która miała być rzetelnym wizerunkiem historii, zdecydował się na pozostawienie w roli tytułowej Elizabeth Taylor. W efekcie niewiele zapamiętaliśmy o konfliktach cesarstwa rzymskiego na Bliskim Wschodzie, misji Cezara w Egipcie. Jedynym elementem, który pozostał w pamięci wartością bezsporną, stała się fryzura „a la Kleopatra", rozpowszechniona u pań pod różnymi szerokościami geograficznymi.

We „Wszystko o Ewie" jest pewna scena, która nie może być nawet przeczuciem Josepha L. Mankiewicza, choć za taką zapewne uchodzi. Kiedy dochodzi do dramatycznej rozprawy pomiędzy Ewą Harrington a uwielbianą przez nią Margo Channings, wśród świadków, milczących i skupionych, siedzi młoda blondyneczka, postać epizodyczna w tym filmie. Gra ją Marilyn Monroe. Jest rok 1950, potrzeba jeszcze co najmniej dwóch lat, żeby z nikomu nie znanej aktoreczki wyrosła gwiazda pierwszej wielkości. Gdy film wszedł na ekrany, nikt nie zauważył osobliwej sytuacji. Z biegiem lat późniejsza sława Marilyn musiała nałożyć się na tę scenę, nadać jej bardziej złożoną interpretację. Oto jak bez udziału reżysera, wykonawców życie kina dokonuje znaczących korekt, przewartościowuje raz na zawsze, zdawałoby się, utrwalone piętno czasu. Mankiewicz robił już zupełnie coś innego.

Janusz Skwara