Archiwum

Czasami wystarczy twarz. Spotkanie z Wiesławem Wójcikiem

Debiutował w 1968 r. w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Telewidzom znany jest przede wszystkim jako Piotr z „Ciuciubabki” i Filipek z „Zaklętego Dworu”, widzom kinowym z „Człowieka z marmuru”, „Pokoju z widokiem na morze”. Na premierę czeka „Pejzaż horyzontalny” Janusza Kidawy, w którym gra jedną z głównych ról.

Wiesław Wójcik to aktor, który odtwarzane przez siebie postacie wyposaża w element niepokoju, pośpiechu, często też - dowcipu sytuacyjnego. Czyni to w sposób naturalny, jakby nieświadomie. Zaskoczenie, niepewność: te odczucia towarzyszą widzowi, który ogląda go na scenie i ekranie. Nigdy nie można powiedzieć, w jakim kierunku pójdzie, czy rola dramatyczna od pewnego momentu nie nabierze niespodziewanie rysów groteskowych.

- Do roli Jodły w „Człowieku z marmuru" przygotowywałem się bardzo starannie: próby, charakteryzacja. Wykorzystałem własne obserwacje i wspomnienia z tamtego okresu - mój ojciec w latach pięćdziesiątych był sekretarzem partii w krakowskich MZK i nawet otwierał pierwszą linię tramwajową do Nowej Huty. Niedawno zagrałem w filmie „Pejzaż horyzontalny", także rozgrywającym się na wielkiej budowie - Huty Katowice. O tym, że znalazłem się wśród wykonawców, zdecydował przypadek. Poszedłem na zdjęcia próbne niezaproszony, nie bardzo wiedząc, jaki to film. Spodobałem się i zostałem zaangażowany. W obu tych filmach miałem dużo swobody jeśli idzie o dialog. Parę razy zmuszony byłem pracować jako robotnik i poznałem trochę to środowisko z bliska. Od paru lat mieszkam w Nowej Hucie i poznałem nieco sposób mówienia robotników. Starałem się, żeby to brzmiało autentycznie. Tym bardziej że na budowie Huty Katowice pracowałem jako robotnik, filmowano mnie ukrytą kamerą. Przychodziłem do majstra, oddawałem swoją kartkę, przebierałem się, a potem w czasie roboty starałem się prowokować najrozmaitsze sytuacje, które były ukradkiem filmowane. Na przykład zabierałem komuś łopatę, dochodziło do bójki...
Kiedy reżyser „Ciuciubabki" Radosław Piwowarski złożył scenariusz w zespole, zaproponowano mu, żeby zaangażował mnie jako odtwórcę roli Piotra. Zgodził się, tylko przez cały początkowy okres realizacji mówił, że tak brzydkiego aktora jeszcze nie widział. Potem się przyzwyczaił. Ale wspominam film z innego powodu. Wszystkie te role grałem tak samo. W moim podejściu do nich nie było specjalnej różnicy, poza drobnymi szczegółami i specyficznym słownictwem.


Przerywa, jakby zastanawiając się. Milczymy. Miejsce, w którym toczy się nasza rozmowa prowokuje do postawienia następnego pytania o scenę.

Plac Szczepański otaczają stare domy. W jednym z nich mieści się Stary Teatr. Ogromne garderoby: ciągnące się wzdłuż ścian rzędy luster, pulpity, krzesła. Schody - wąskie i skrzypiące, mroczne korytarze. Obraz tak różny od nowoczesnych wypełnionych światłem, niewielkich pomieszczeń teatrów warszawskich. Atmosfera jest także inna, specjalna; ma się wrażenie, że niezwykłe przedstawienia, oglądane na scenie tego teatru, pozostawiły coś w powietrzu, którym się tu oddycha.

- Teatr. Wydaje mi się, że między pracą w teatrze czy w filmie nie ma specjalnej różnicy. Tyle że w teatrze trzeba częściej stawać twarzą do widowni, a w filmie aktora prowadzi kamera. Prawdziwe trudności na scenie przeżywam dopiero wówczas, gdy trzeba mówić wierszem, wydaje mi się to nienaturalne.

W teatrze trwają próby przedstawienia, na które składają się fragmenty dziewiętnastowiecznych sztuk o podobnej tematyce. Reżyser Andrzej Wajda. Nasza rozmowa odbywa się w czasie przerwy - pytam o rolę w spektaklu.

- Gram postać Bronka - malarza. To taki chłopoman, który często mówi po góralsku i stale wybiera się do Paryża. Człowiek dobry, ale słaby. W końcu nie jedzie do tego wymarzonego Paryża.
To moja pierwsza rola teatralna po pięcioletniej przerwie. Przeżyłem groźny wypadek, dwa lata byłem na rencie. Początkowo nie wierzyłem, że wrócę do aktorstwa. Myślałem, żeby może pszczoły hodować. Ale okazało się, że aktorstwo to dla mnie kawałek życia, bez którego nie potrafię się obyć. Mimo wszystko jesteśmy po prostu nieco próżni i chcemy, żeby to, co przeżywamy było własnością publiczną... Przez rok statystowałem w filmach i dopiero Andrzej Wajda dał mi szansę-rolę Jodły. Od tamtego momentu w filmie występuję stale, ale stęskniłem się do teatru, w którym zaczynałem. Cieszę się, że znowu gram i jednocześnie bardzo się boję.


Milknie na chwilę. Ale nie czeka na następne pytanie.

- Grałem już różne postacie. W „Zielonej ziemi" Filipa Bajona - dziennikarza. Była to praca pochłaniająca emocjonalnie, ponieważ zupełnie nie wiedziałem jaki będzie ostateczny efekt. Nie znałem treści filmu ani zamierzeń reżysera. Odgrywałem po prostu wyznaczone mi fragmenty scenariusza. Można to potraktować jako przykład różnicy między filmem a teatrem. W filmie sens gry aktora może zostać zmieniony przez reżysera za pomocą odpowiedniego montażu, w teatrze - jeśli aktor ma zaufanie do reżysera - po podniesieniu kurtyny jest jedynym panem swojej roli.

Jakie wnioski wynikają z tych aktorskich doświadczeń?

- Najważniejsze w zawodzie aktora - moim zdaniem - to nigdy nie grać kogoś innego, a zawsze siebie. Niezależnie od tego, czy gra się króla czy robotnika, wystarczy jedynie pokazać człowieka, jego osobowość. Dziś staram się grać w taki właśnie sposób. Ale kiedy występowałem w „Strachu" czy „Zaklętym dworze" Antoniego Krauze, niezupełnie jeszcze rozumiałem, że gram nie tylko ja, ale także tło, rekwizyty. Jak wielkie ma to znaczenie, dowiodła mi raz jeszcze rola w filmie „Próba ognia i wody". To historia pożaru na tankowcu, w czasie którego, według protokółu, zginęło 14 ludzi. Gram tego czternastego - bumelanta, który w dniu pożaru podbił tylko kartę, ale nie przyszedł do pracy. I zanim się pojawię na ekranie, wszystko już o mnie wiadomo, wszystko wynika z treści. Wystarczy, że widzowie zobaczą moją twarz. Ostatnio otrzymałem propozycję wystąpienia w serialu „Lekarze" Andrzeja Titkowa. Mam grać postać wybitnego chirurga mózgu. Już dziś mogę powiedzieć, że tak, jak w poprzednich filmach, będę starał się po prostu pokazać współczesnego człowieka.

Notował: Andrzej Wojnach