Archiwum

Piękny, nostalgiczny pojedynek

POJEDYNEK (The dueltists). Reżyseria: Ridiey Scott. Wykonawcy: Harvey Keitel, Keith Carradine, Cristina Raines i inni. Wielka Brytania, 1977.

W filmie „Pojedynek" Ridleya Scotta gra najpierw kolor, później pejzaż, potem dopiero aktorzy. Podstawowy dialog toczy się między tymi trzema elementami.

Jest tu więc świeżutka zieleń, o jeden odcień od kiczu. Bardzo przypomina kolorystykę „Posłańca" Loseya. Trawa, jakby dopiero co przystrzyżona, jakby przed chwilą zroszona, ściele się gładko pod stopami walczących huzarów - chroników pojedynku. Mimo nich, jak w innej rzeczywistości ceglane, baśniowe domki, pasące się idyllicznie owce, krowy, prości ludzie zajęci swoimi roboczymi, codziennymi czynnościami. Ptasie, egzotyczne barwy i kształty umundurowanych oficerów napoleońskich odcinają się od mglistych delikatności pejzażu zamykanego granatowym wertykalem lasu, od umykającej przed kopytami pędzących koni pstrokacizn brzeźniaka, przede wszystkim od brunatno- szarych kolorów odzienia wieśniaków, od szarości ubrań mieszczan. Jest w tych zestawach barwnych rodzaj świadomej dysharmonii, perwersji - świadectwo pęknięcia, świata podzielonego.

W sposób oczywisty, niezależnie od napisów informujących: Strasbourg - 1800, Augsburg - 1801, Lubeka - itd., wydaje się, że oglądamy Anglię - „zieloną wyspę" z jej osobliwościami że mamy do czynienia z rozmową o cnotach i statusie angielskiego dżentelmena. Jednocześnie ta „Anglia" z początku XIX wieku obfituje w scenki z zapóźnionego Watteau, z jego pozorną sielankowością i jest w ponurościach barw zwykłych ludzi jak z przedwczesnego Courbeta. „Anglia" oczywiście podszyta i Constablem, i Turnerem. Kraina umowna przełomu epok. Ta umowność w sekwencjach odwrotu wielkiej armii z Rosji, w sekwencjach szaro-buro-białych wyrazi się w teatralności dekoracji, w wykorzystywaniu bez żenady byle jak pomalowanego gipsu i papieru, w nonszalancji odkrywania atrap. A potem - w roku 1816 - okolice Reims, gdzie dowodzi brygadą generał D'Hubert, gdzie na zesłaniu znajduje się jego przeciwnik: generał w stanie spoczynku Feraud. Zobaczymy klasyczny pałacyk francuski, w którym wszystko jest akuratnie uporządkowane, a obok niego ruiny zamczyska w lesie ustrojonym na podobieństwo romantycznego angielskiego parku.

Jest więc ten film również igraniem artystycznymi konwencjami na conradowskiej osnowie. Ale już samo to malarsko-pejzażowe tło wskazuje wyraźnie, że mamy do czynienia z sytuacją przejściową, pomieszania pojęć, przełamywania się wartości.

Skrajnie niesprawiedliwe potraktowanie obu bohaterów jest dodatkowym, prowokacyjnym argumentem.

Gabriel Florian Feraud i Armand D'Hubert. Pierwszy: fanatyczny, głupi i brzydki. W swoim fanatyzmie (przymiotnik „romantyczny" nie byłby od rzeczy) do końca wiemy idei napoleońskiej, tak jak ją pojmuje. „Jak" pozostaje jednak tajemnicą. Feraud nie jest dopuszczany do głosu. Właściwie dane mu są tylko dwie wypowiedzi: pierwsze wyzwanie D'Huberta, kiedy zarzuca mu niehonorowe postępowanie oraz późniejsza charakterystyka przeciwnika jako zdrajcy.

D'Hubert przeciwnie: przystojny, inteligentny, zdolny do autorefleksji, stale jest nam oferowany jako racjonalista: jego szlachetność, skromność, powściągliwość wciskają się w oczy.

Zewnętrznie obie postacie służą do przeprowadzenia - na tak niesprawiedliwych zasadach - dowodu na absurdalność pojedynków. Byłby to w odniesieniu do Conrada jawny nonsens, w odniesieniu do debiutującego Scotta co najmniej anachronizm. Wydaje się, że Conrad (np. w „Lordzie Jimie”, „Dumie wojownika”), a za nim Scott zastanawiają się nad przystawał nością pewnych wzorów obyczajowych do zmienionych warunków społeozno-historycznych. Feraud goni za ideałami dzieciństwa, nie bardzo rozumiejąc sens tej pogoni. Wydaje się nam śmiesznym, zaperzonym staruszkiem, kiedy usiłuje przez lata pozbawić życia, w zasadzie, przypadkowego przeciwnika. Dla Ferauda sprawa honoru i w krok za nią podążająca zasada (obowiązek) pojedynku są wyznacznikami przynależności do klasy społecznej. D'Hubert, kiedy idea pojedynku wyda mu się groteskowa, zdecydowanie przerwie pasmo walk. Zostanie moralnym zwycięzcą. Feraud w ostatniej scenie filmu, stojący nad przeciętą rozlanymi wodami symboliczną równiną, przegrywa i jest dodatkowo śmieszny jako nosiciel sprowadzonej do absurdu idei. W dniach narodzin dziewiętnastego wieku obaj czupurni porucznicy są tak samo z awanturniczej powieści. W finale jeden okazuje się nobliwym, wzbudzającym szacunek mężczyzną w średnim wieku, człowiekiem, który łączy czasy przed- i ponapoleońskie. Na początku filmu obaj noszą zaplecione na skroniach warkoczyki - ot, taki zabawny dokumencik czasów. W finale tylko Feraud, w złachanym żołnierskim płaszczu, ma te same warkoczyki zaplecione do ostatniej walki - nieszczęsny symbol anachronicznej postawy.

Feraud zatrzymał się w dzieciństwie, dotrzymał pamięci i wierności czasom ideałów rycerskich, nie dostosował się do zmian, skazał się na ośmieszenie. D'Hubert jest w pełni przystosowany.

Scott opowiada o czasach, kiedy znaczenie i szczególne wyczulenie na pojęcia: „godność", „honor", „dobre imię" ulegają daleko idącym zmianom, degenerują się ich dawne, jeszcze średniowiecznego rodowodu znaczenia. Nie tylko ze starczej sklerozy wuj żony D'Huberta, arystokrata i zawołany regalista, będzie snuł rozważania nie o ideałach rycerskich, lecz o postawie dobrego rzemieślnika, i szył solidne buty z podpalanymi cholewami.

Jest w „Pojedynku" nuta nostalgiczna, pragnienie przystosowania starych wartości do nowych czasów bez wystawiania łatwych cenzurek: co dobre, co złe. I ten zapis stanu świadomości za pomoc ą kolorów, bardzo dobrej fotografii i montażu, szczególnie w scenach pojedynków, udał się Scottowi. Nieco gorzej jest z przekładem opowiadania; reżyser posługuje się metodą najprostszą: konstrukcji epizodycznej, gdzie rolę łącznika pełni głos narratora informującego zza ekranu o przebiegu wydarzeń.

Idea jednak pozostaje jasna na tyle, że daje się powtórnie przełożyć na język dyskursu. Pisał przyjaciel Josepha Conrada, Bertrand Russell (cyt. za: „Ethos rycerski i jego odmiany" Marii Ossowskiej): „Wiara w ważność honoru osobistego, choć jej przejawy były często absurdalne, a czasem tragiczne, ma poważne zasługi i jej upadek nie stanowi bynajmniej czystego zysku (...) Gdy uwolni się koncepcję honoru od arystokratycznej buty i od skłonności do gwałtu, zostanie w niej coś, co pomaga człowiekowi zachować osobistą prawość i szerzyć wzajemne zaufanie w stosunkach społecznych. Nie chciałbym, aby ten legat wieku rycerstwa został dla świata całkowicie zaprzepaszczony".

Waldemar Chołodowski