Archiwum

Strefa chroniona

Nas wejściem do świątyni Apolla Pytyjskiego - napis POZNAJ SIEBIE. Gdyby wzniesiono przybytek X Muzy, nad portykiem należałoby umieścić następujące słowa: POZNAJ INNYCH.

To „poznaj siebie" było symbolem pewnej postawy i kultury, najpierw starożytnej, później europejskiej. Świata, którego miarą był człowiek, jego indywidualność i samodociekliwość. To, w największym zarysie, dzieje myśli od św. Augustyna do Kanta, a w sztuce - dzieje malarstwa renesansowego i barokowego, dzieje literatury XIX i XX wieku. Drążenie samego siebie, widzenie świata jakby z głębi własnego jestestwa. Takie są „Wyznania" Jean Jacques Rousseau, taką perspektywę mają powieści Conrada i Dostojewskiego, takim monologiem jest „Obcy" Camusa.

Dewiza „poznaj innych" najlepiej oddaje charakter pracy wywiadów, ale także uczonych i dziennikarzy, polityków i ekonomistów, jest treścią takich działań, jak propaganda i turystyka. Kino, a właściwie kamera filmowa, rejestruje świat zewnętrzny, względnie pozoruje jego obecność, nie potrafi jednak przebić pancerza psychiki jednostki, wejść do mózgu i serca.

Sforsować tę barierę usiłowało wielu, częściowo udało się niektórym, nikt nie zrealizował filmu, który byłby ekranowym odpowiednikiem „Wyznań” lub „Obcego".

Świat najbardziej monolityczny, personalny i autobiograficzny wykreowali Bergman i Szukszyn. Prawda, że to własne „ja” zostało rozdzielone na różne osoby, przekomponowane, obudowane figurami stylistycznymi, nieraz zaszyfrowane, ale zarówno jeden jak i drugi mówi tylko o sobie, ukazuje świat własnych przeżyć.

Ciekawe, i to jest moment mało doceniany, że kino rosyjskie i radzieckie potrafiło nieraz, i w chwilach najmniej spodziewanych, odchylić jakąś pokrywę, zajrzeć niespodziewanie choć przelotnie w głąb duszy - jak nikt inny.

Inną metodę zastosował Buñuel. Przez dłuższy czas zbierałem o nim wszystko: recenzje i wywiady, wypowiedzi świadków i scenariusze, próbowałem zsynchronizować jego życiorys z filmami. Wydaje mi się, bo tego nie można udowodnić, że jednym z najbardziej osobistych filmów Buñuela jest „Mleczna droga", że w niej znajduje się najwięcej aluzji i reminiscencji z jego młodości. Ale to tylko przypuszczenia; sam mistrz, jako najbardziej autorytatywne źródło, zachowuje nienaganną powściągliwość.

Inni twórcy stosują metodę pośrednią; mało albo wcale nie mówią o sobie, mówią natomiast o środowisku albo o grupie ludzi, z którą są spokrewnieni, którą reprezentują bądź z którą łączy ich jakaś wspólnota. Tak realizował filmy Visconti, tak realizują filmy na przykład Saura i Coppola. Przez analizę „swojego" środowiska dochodzą częściowo do swojego „ja", choć w żadnym filmie Visconti nie stworzył własnego portretu, choć „grupy rodzinne" Saury nie są jego rodziną, choć osoby Coppoli nie można utożsamiać z podsłuchiwaczem lub „ojcem chrzestnym".

Niekiedy film wdzierał się jeszcze głębiej, ale pudłował. Na przykład „Johnny poszedł na wojnę". Na pewno jest to film bardzo wzruszający i bardzo pacyfistyczny, zrobiony także „od środka” - ale czego? Nie osobowości, nie światopoglądu, lecz... strzępu ludzkiej materii, która kona. Studium egzystencjalne, zapewne, w którym to „od środka" jest zabiegiem stylistycznym, nie treścią. To nie portret człowieka, lecz fizyczność człowieczej agonii.

Kino porusza się po zewnętrznych obwodach ludzkiej świadomości. W tym tkwi część jego siły, bo pełni rolę jakby obserwatora i świadka, bo służy wymianie tych treści, które mają formę optyczną. Wiąże się z tym szersza sprawa, natury psychologicznej. Współczesna sztuka, także malarstwo i literatura, coraz bardziej ukrywa duszę i osobowość autora, jakby człowiek wstydził się swego wnętrza albo... jako jedyną wartość ukrywał przed innymi. Prawda, ukazuje się dużo książek typu pamiętnikarskiego, ale zainteresowanie czytelników mniej zmierza ku rozpoznaniu autora, bardziej ku dowiedzeniu się czegoś od naocznego świadka. Powstają też filmy pozornie bezgranicznie szczere, ale najczęściej są to przejawy ekshibicjonizmu, cynicznie wkomponowanego w modę i trendy.

Może naturalną właściwością kina jest to, że nigdy nie przekroczy pewnego progu; może naturalną właściwością dzisiejszej sztuki jest to, że boi się pewnych form szczerości. Ale z drugiej strony, gdy uwzględnimy zgiełkliwość życia, presję czynników zewnętrznych, wielorakość optyk, odczuwa się potrzebę mądrej kontemplacji i głębokiej refleksji nad samym sobą. Takiej sztuki, która połączyłaby „poznaj siebie” z „poznaj innych".

Być może to muzyka wyraża najlepiej osobiste przeżycia i jest najbardziej intymna.

Aleksander Ledóchowski