Archiwum

Jaskółka z Brooklynu

Mel Brooks jest reżyserem w Polsce nieznanym. Nadarza się jednak okazja, żeby go poznać. Właśnie wszedł na nasze ekrany jego film „Nieme kino", zrealizowany w roku 1976. Brooks debiutował w roku 1967 filmem „The Producers", ale bez specjalnego powodzenia. Potem zrealizował w roku 1971 „The Twelve Chairs", łotrzykowską opowieść o klęsce społecznych ideałów, też raczej z miernym skutkiem. Dopiero „Blazing Saddles", co można przetłumaczyć na „Płonące siodła", w roku 1974, zwariowana antyrasistowska burleska o czarnym szeryfie z typowego miasteczka Zachodu opanowanego przez amerykańską klasę średnią, przynosi mu nieoczekiwany sukces. Mimo iż Wytwórnia Warner Bros. zaliczyła ten film do beznadziejnych knotów, godnych wyświetlania jedynie w kinach samochodowych, zaś krytyka, ze względu na szkaradny obraz Ameryki, nazwała Brooksa „zasmradzaczem własnego kraju" (the farter of his country), co nie przeszkodziło mu zostać milionerem. W roku 1975 nakręcił „Młodego Frankensteina", operową trawestację filmowych horrorów lat trzydziestych, osiągając wysoki poziom komediowy, równie wysoki i wartościowy jak komedie Woody Allena.

Urodził się w Brooklynie 28 lipca 1926 roku, na stole kuchennym, jak oświadczył w wywiadzie dla „Playboya", w 12 rocznicę zamachu na arcyksięcia Ferdynanda Austriackiego. Jego prawdziwe nazwisko brzmi Melvin Kaminsky. Ojciec Melvina, Maximilian Kaminsky, urodził się w Gdańsku, matka, Kate Brookman w Kijowie. Dzieciństwo spędził w Brooklynie, biedne dzieciństwo w tanich kinach, zamiast chleba oglądanie horrorów. Stąd zapewne bierze się w „Niemym kinie" ironiczny napis - „Bieda wysysa".

Począwszy od 1938 roku, będąc jeszcze dzieckiem, próbował szczęścia w show-businessie. Potem wojsko i udział w wojnie na terenie Niemiec. W wieku 21 lat zaczął pracować w telewizji jako gagman u Sida Caesara, tego samego, który w „Niemym kinie" gra rolę szefa wytwórni zagrożonej plajtą. Stracił pracę w momencie, kiedy program Caesara zdjęto w telewizji. Jeszcze długo pętał się w roli komika do wynajęcia. W końcu przywdział strój zapoznanego „błazna undergroundu", oczywiście hollywoodzkiego. I nagle wypłynął na powierzchnię, szatkując amerykańską klasę średnią we wspomnianych już „Płonących siodłach".

Brooks - gwiazda, obecnie niezawodny w kontaktach z ludźmi, czego nie da się powiedzieć o latach poprzedzających sukces. Wiadomo, jak się nie wiedzie w artystycznym fachu, to świat dokoła przemienia się w mafijną stadninę, ale jak człowiek złapie wiatr w żagle i zazna sławy, to staje się matką, która pragnie utulić wszystkich, nie wyłączając kolegów i ich rodzin. „Szaleniec o zdrowych zmysłach", miłośnik Tołstoja i Gogola, nazwany amerykańskim Rabelais, chyba ze względu na energię, jaką ma w sobie, energię byka w popłochu oraz bezgraniczną wyobraźnię i nadmiar pomysłów. On sam chciałby zostać amerykańskim Molierem, nowym Arystofanesem, czego należy mu oczywiście życzyć.

Teraz powinienem napisać, że „Nieme kino" to satyra na Hollywood, na zestandaryzowaną obyczajowość „fabryki snów", że demitologizacja, kpina z krzepy wszechwładnych producentów w rodzaju Engulfa i Devoura, z mocy dolara itp. Bo to wszystko prawda. Powinienem także, uciekając się do nieco trywialnego socjologizowania, napisać, że Brooks zawarł w „Niemym kinie" pewną sumę doświadczeń własnych, wiecznego praktykanta, profesjonalnego chłopca na posyłki, komika pracującego dla innych komików, który osiągnąwszy dzięki uporowi i wytrwałości upragniony cel, ustanawia coś w rodzaju „tyranii uprzejmości", dającej się zauważyć bez trudu w „Niemym kinie". Nie przez przypadek zgodzili się zagrać w tym filmie „drugoplanowe" role Burt Reynolds, James Caan, Liza Minnelli, Anne Bancroft (w rzeczywistości i w opinii przyjaciół 1000-procentowa żona Brooksa), Marcel Marceau czy Paul Newman, który w scenie pościgu w szpitalnych wózkach parodiuje sekwencję wyścigów rydwanów z supergiganta hollywoodzkiego - „Ben Hura".

Najbardziej interesujące w „Niemym kinie” jest to, że sięgając do źródeł burleski Brooks przyswaja sobie przede wszystkim samą ideę śmieszności, nadając jej własny materialny kształt, jak gdyby dla potwierdzenia, że stereotypy sytuacyjne bądź osobove posiadają wówczas nieodpartą siłę komicznego wyrazu, gdy poddane zostają wciąż na nowo fizycznej sprawdzalności. Trójka bohaterów to są właśnie idee postaci wziętych ze starego kina komediowego. Zgodnie z odwieczną tradycją noszą śmieszne znaczące nazwiska. Mel Funn, grany przez samego Brooksa, przypomina kapitana z keatonowskiego „Marynarza słodkich wód”. Marty Eggs, grany prz'ez Marty Feldmana, aktora o twarzy łagodnego zboczeńca, lekko zezującego, to lotnicza wersja Bena Turpina z „Hollywoodzkiego bohatera". Wreszcie Dom Bell, grany przez Dorna DeLuise'a, to nikt inny jak tylko Fatty Grubasek - Roscoe Arbuckle, olśniewający elegancją agenta ubezpieczeniowego i napychający się bez przerwy sandwiczami.

Brooks posługując się ideą śmieszności, pozostawioną w spadku przez Wielkich Starszych Braci, w sposób, można powiedzieć, rewelacyjny udowadnia, że nie istnieje jakaś ograniczona ilość efektów komicznych. Ponieważ gag nie istnieje w naturze, jakby powiedział świetny znawca przedmiotu, Jean-Pierre Coursodon. „Jest on wytworem intelektualnej inicjatywy, konstruktywnej działalności organizującej elementy rzeczywistości. Ta rozmyślnie przygotowana organizacja odwołuje się do inteligencji, a nie do odruchów instynktownych. W przypadku gagu śmiech nie jest już automatycznym echem pojedynczego efektu prostego w chemicznym sensie tego słowa i odnoszącego się tylko do siebie, ale przemyślaną oceną pewnego następstwa działań, bardziej lub mniej skomplikowanych, rozłożonych w czasie i ściśle ze sobą powiązanych. Komizm rodzi się z logicznych związków łączących te działania. I w tej mierze, w jakiej inteligencja jest sztuką dostrzegania związków, trzeba przyjąć, że dzięki temu prawdziwemu odkryciu sztuka rozśmieszania wznosi się z miejsca na wyższy poziom". Do takich przykładów wykorzystania inteligencji do celów komicznych można zaliczyć właśnie „Nieme kino".

Być może rację mają ci, którzy powołują się na hiszpańskie przysłowie mówiące, iż bogaci śmieją się ostrożnie, gdyż mają dużo do stracenia. Biedni natomiast potrzebują śmiechu, aby zapomnieć, że właściwie nie mają się z czego śmiać. Dlatego Wielki Kryzys był ostatnim złotym wiekiem komedii w amerykańskim kinie. Ale jednocześnie zadają pytanie: czy obecna recesja ekonomiczna przyniesie następny boom komediowy? Pierwsze jaskółki już się pokazały. Jedną z nich jest Mel Brooks i jego „Nieme kino", film wywodzący się z panteonu prawdziwych „galerników śmiechu", Lloyda, Fieldsa, Keatona, Chaplina, a zarazem próbujący oddziaływać w szerszym zakresie na - nie tylko amerykańskie - słabnące z każdym dniem poczucie humoru.

Jerzy Górzański