Archiwum

Śmierć jest moim rzemiosłem

Najpierw ukazały się pamiętniki Rudolfa Hössa, pisane w celi krakowskiego więzienia, gdzie były komendant Oświęcimia czekał na wykonanie wyroku śmierci. Ich autor potraktował „spowiedź życia" jako swoistą ekspiację, nie szczędził więc szczegółów ani osobistych wyznań. Ten pozorny obiektywizm i dwuznaczność wymowy przytaczanych przez niego faktów, od woli Hössa, kreującego się na ofiarę mechanizmu dziejowego, jakby całkowicie niezależnych sprowokowały francuskiego pisarza Roberta Merle do podjęcia wątku „pewnego niemieckiego życiorysu". Książka wyszła przed dwudziestu pięciu laty i wywołała sensację. Merle zrezygnował z wszelkiej tendencyjności, pozwalając mówić „samym faktom". Zmienił nazwisko Höss na Lang; powiódł natomiast swą intrygę powieściową zadziwiająco zgodnie z linią biografii zbrodniarza wojennego. Tylko że w książce „Śmierć jest moim rzemiosłem" argumenty Hössa obróciły się jawnie przeciwko niemu - i linii obrony, jaką w pamiętnikach usiłował przyjąć.

Mamy oto trzecią „wypowiedź" na ten sam temat. Tym razem film Theodora Kotulli, zrealizowany przez dwie zachodnioniemieckie firmy z Kolonii i Monachium, noszący tytuł - w dosłownym tłumaczeniu - „Z pewnego niemieckiego życiorysu". I jest to zarazem trzecia interpretacja faktów składających się na dossier „buchaltera śmierci". Przypomnijmy ważniejsze tylko daty: rok 1916, spotkanie w szpitalu wojennym z kapitanem Güntherem, uświadamiającym podrostkami, „czym jest misja Wielkich Niemiec”. Rok 1917, okopy, wolontariusz Franz Lang styka się po raz pierwszy z masowym zabijaniem. W rok później, zdemobilizowany i bezrobotny, usiłuje popełnić samobójstwo, nie znajdując dla siebie życiowych perspektyw. Zatrudnienie w szeregach Freikorpsów okazuje się tylko przejściowe, dźwiga go materialnie pomoc kompanów nakłaniających do włożenia brunatnej koszuli NSDAP. Udział w jednej z akcji kończy się dla Langa wieloletnim więzieniem za współudział w zamordowaniu komunisty. Rok 1934: uwolniony od odpowiedzialności karnej Lang znajduje życzliwego protektora, pułkownika von Jeseritza, który przyjmuje go do siebie na służbę, a następnie daje szansę usamodzielnienia. Franz zagospodaruje zrujnowaną fermę na Pomorzu i ożeni się z wyznaczoną mu „dobrą Niemką". Wówczas otrzyma „partyjną misję" do spełnienia - nadzór nad obozem koncentracyjnym.

Tak jak w powieści Merle'a i w pamiętnikach Hössa - dramaturgia filmu ma charakter otwarty. Oglądamy migawki z życia Franza Langa przypominające ożywione fotografie z albumu. Nie ma w nich nic nadzwyczajnego poza akcentami charakteryzującymi sytuację pokoleniową Hössa, generacji, która „spóźniła się" na I wojnę, dotkliwie odczuła natomiast skutki gospodarczego chaosu powojennych Niemiec. Beznamiętny ton relacji, który towarzyszyć będzie filmowi do samego końca, nie jest tożsamy z brakiem stanowiska. Kotulla zrozumiał doskonale skuteczność przyjętej przez Roberta Merle techniki „samodefiniowania" sytuacji przez bohatera. Tym sposobem uzyskał pisarz, a w znacznej mierze także twórca filmu, niejako wewnętrzny punkt widzenia na ewolucję Niemiec i samych Niemców pomiędzy dwiema światowymi wojnami. Losy Langa-Hössa tłumaczą z perspektywy indywidualnej, a tym samym prościej i bardziej przekonywająco, dlaczego ideologia brunatnych koszul stała się tak atrakcyjna dla tego społeczeństwa i dlaczego zaaprobowano ją tak bezkrytycznie.

Przewrotność tego posunięcia ujawniła już książka; film ją tylko dyskontuje. To, co stanowiło alibi dla Rudolfa Hössa w jego wyznaniu - składanym przecież po upadku Trzeciej Rzeszy, jawi się dla nas jako koronny argument oskarżenia. Wykonywał obowiązki, jakie postawiła przed nim sytuacja historyczna, a następnie „misja" Rzeszy. Jego „czyste sumienie bierze się z poczucia „rzetelnie wykonywanych zadań". I nie widzi on jakiejkolwiek różnicy pomiędzy spełnianiem życzeń swego pracodawcy, który zlecił mu zmeliorowanie łąk na Pomorzu, a rozkazem führera, który powierzył mu zarządzanie obozami masowej zagłady.

Brak moralnej skali wartości, przesłoniętej całkowicie ślepym imperatywem respektowania poleceń władzy, rysuje się w biografii Langa-Hössa nadzwyczaj instruktywnie. Bohater przedstawia siebie na marginesie zdarzeń historycznych. Był kimś w tłumie, żołnierzem wykonującym na małym odcinku frontu rozkazy niewidocznego, Najwyższego Autorytetu. Swoje życie wiódł natomiast w sposób uczciwy i uporządkowany. Nawet w oświęcimskim mieszkaniu panowała atmosfera wzorowej rodziny niemieckiej. Żona nadzorowała postępy dzieci i podlewanie kwiatów, humanitarnie odnosząc się do przydzielonych jej do prac domowych ludzi w pasiakach. On sam wizytował obóz tak, jak wcześniej obchodził swoje pomorskie gospodarstwo. Co prawda rozlegały się raz po raz za jego plecami jakieś strzały, jednak nie widząc sytuacji, miał prawo sądzić, iż wiążą się one z utrzymywaniem dyscypliny w bądź co bądź karnym obozie. Istotnie, podsunął Himmlerowi sposób na szybsze rozwiązanie „kwestii eksterminacji żydowskiej", jednak obowiązek ten powierzony mu został jako rzecz „szczególnej wagi". I dlatego co wieczór skrupulatnie podliczał słupki cyferek przekazywanych mu na biurko, jak również strofował poszczególne sekcje krematoryjne, iż nie osiągnęły tego dnia przewidywanego planami pułapu.

Jedynym momentem konfrontacji Langa z rzeczywistością, uzmysławiającym mu kruchość posiadanego na własny użytek alibi, jest rozmowa z żoną, która zaczęła się domyślać szczególnego charakteru kombinatu powierzonego opiece jej męża. Na pytanie „czy zabiłbyś także własne dzieci, gdybyś otrzymał taki rozkaz?" Lang zapewnia ją usilnie, że dowództwo nigdy nie wydałoby takiego polecenia, co wywołuje jednak odwrotny od zamierzonego skutek. Lecz „przeczulenie kobiece" nie wpływa na styl myślenia Niemca, który pamięta wciąż o słowach führera: „zwycięzcy nikt nie pyta o prawo". I kiedy za Langiem-Hössem zamkną się zakratowane drzwi alianckiego więzienia, będzie to jeden z nielicznych w jego życiu momentów konsternacji. Nie dlatego, że upadła „tysiącletnia Rzesza", lecz że ma odpowiadać za wykonywanie służbowych instrukcji.

Zapewne zabrakło filmowi Theodora Kotulli drapieżności przypisanej tematowi, stanowiącemu jakby drugą połowę relacji o fenomenie funkcjonowania obozów zagłady, zwyczajności faszyzmu i potworności jego zbrodni, jaką znajdujemy w prozie Tadeusza Borowskiego. Merle ujawnił styk tych szkół myślenia, czyniąc z beznamiętnej relacji Hössa uogólniający wywód o nie kontrolowanym ubezwłasnowolnieniu, moralnym upadku i znieczuleniu na sens własnego działania, zapisanego w historii zagładą milionów ludzkich istnień - dotyczący całej formacji, nie tylko jednego jej przedstawiciela. Lecz utwór Kotulli przynosi coś nie mniej ważnego: rekonstrukcję alibi pokoleniowego Hössa, która dziś jeszcze musi dawać wiele do myślenia - przede wszystkim współczesnym Niemcom.

Wojciech Wierzewski