Archiwum

Zawód: morderca

Postać ta coraz częściej pojawia się na ekranach. A właściwie inaczej: postać zawodowego mordercy jest równie stara, jak kino sensacyjne, ale ostatnio uległa znacznym przeobrażeniom. Kiedyś morderca pojawiał się głównie w epizodach: w płaszczu z podniesionym kołnierzem, w kapeluszu zsuniętym na oczy i z ręką w kieszeni wychodził zza rogu, albo wysuwał się z mrocznej bramy, strzelał i znikał w ciemnościach. Teraz stopniowo wysuwa się na plan pierwszy. Kiedyś otaczała go aura demonizmu, obecnie zaczyna być coraz bardziej zwyczajny. Pracowity i systematyczny rzemieślnik. Pamiętamy Lee Marvina w „Zabójcach”: starszy pan, który z troską spogląda w przyszłość, bo wie, że stopniowo traci zawodową sprawność. Inny typ zawodowego mordercy przedstawia Don Siegel w filmie „Charley Varrick”. Jest tu jeszcze coś z dawnych wzorów — gorylowatą sylwetka, bezwzględność i brutalność, ale też są i rysy nowe. Na przykład zabójca Siegela nie rozstaje się z fajką. Bardzo znamienny rekwizyt. Kiedyś przysługiwał detektywom-intelektualistom. Sherlock Holmes godzinami otaczał się dymem, by mocą niezawodnej dedukacji odkryć chytrego zbrodniarza. Od fajki nie stronili i inni wybitni tropiciele przestępstw. W ogóle fajka była rekwizytem, który towarzyszył ludziom pracującym głową. W filmie Don Siegela najemny morderca najpierw masakruje człowieka, później zaś spokojnie wyjmuje niezbędnik i fajkę, ubija tytoń, zapala i z satysfakcją zaciąga się dymem. Z tym wszystkim zaczyna przypominać rutynowanego komisarza policji, który prowadzi kolejne przesłuchanie.

Płatny morderca coraz rzadziej przedstawiany jest jako typ rzeczywiście zbrodniczy, demoniczny i sadystyczny, coraz częściej natomiast jako profesjonał, który robi akurat tyle, ile musi. Pracownik systematyczny, ale osobiście niezaangażowany. Niekiedy ma się wrażenie, że odczuwa nawet ironiczny dystans wobec własnej roli. Co nie znaczy, oczywiście, ze odczuwa jakiekolwiek skrupuły. O nie, nawet najdrobniejsze wahania stałyby w sprzeczności z fachową doskonałością. Osobiste zaangażowanie najprawdopodobniej także. Dzisiejszy najemny morderca zaczyna mieć w sobie coś z dobrze ułożonego kamerdynera.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że przemianom postaci mordercy zaczyna towarzyszyć jakaś niejasna aura kultu dla fachowości w zbrodni. Nic bardziej w tym względzie charakterystycznego niż głośna powieść Fredericka Forsytha „Dzień szakala". Oczywiście, Forsyth udaje, że potępia swego bohatera, ale cóż to za wspaniały fachman. Po prostu trudno nie mieć podziwu.

Zmienia się postać mordercy i odpowiednio do tego zmienia się koncepcja zbrodni. W klasycznej literaturze kryminalnej i sensacyjnej zbrodnia rodziła się z ciemnej namiętości. Dlatego też w końcu musiała wyjść na jaw. Detektyw od początku miał przewagę, gdyż kierował się jedynie rozumem. I tak, jak namiętność zaślepia i prowadzi do błędów, tak rozum pozwala wyświetlić prawdę. Płatny morderca coraz bardziej upodabnia się do zawodowego, rutynowanego detektywa. Posiadł tę samą umiejętność chłodnej i precyzyjnej oceny sytuacji, nie gorzej niż ongiś Sherlock Holmes opanował sztukę charakteryzacji i do woli zmienia twarz i kostiumy, zresztą podobnie jak prywatny detektyw pracuje jedynie dla honorarium. Czasami nawet, jak w filmie Don Siegela, płatny morderca zaczyna spełniać rolę detektywa: prowadzi śledztwo, żeby odnaleźć przestępcę.

Jak zmienił się morderca, tak zmienia się postać detektywa. We „Francuskim łączniku” policjant ma wszystkie cechy, które niegdyś przysługiwały gangsterom. Jest brutalny i pozbawiony jakichkolwiek wahań moralnych, z byle powodów sięga po rewolwer i strzela nie oglądając się na nic. Przypadkowo zabiwszy kolegę nie odczuwa żadnych skrupułów.

Film kryminalny i sensacyjny był gatunkiem, w którym granica między dobrem i złem była niezmiernie wyraźna. Jej symbolem była przepaść dzieląca przestępcę i detektywa. Zdarzało się wprawdzie czasami, że przestępca miał cechy wielkich detektywów. Tak było na przykład z Arsenem Lupinem. Ale Lupin był postacią nadzwyczaj sympatyczną. Trzymał się z dala od krwawej roboty, okradał jedynie złych bogaczy i bardzo często odgrywał rolę tropiciela zbrodni. Dziś w kinie stopniowo zaciera się różnica między płatnym mordercą i detektywem, a wraz z tym zacierają się ostre przedziały moralne.

Godzien uwagi i chyba niebezpieczny symptom.

JERZY NIECIKOWSKI