Archiwum

Melodramat czy pastisz?

O filmowej adaptacji „Dziejów grzechu" Stefana Żeromskiego, dokonanej przez Waleriana Borowczyka, rozmawiają krytycy Jerzy Niecikowski, Wacław Sadkowski oraz — z redakcji „Filmu" — Zbigniew Klaczyński.

ZBIGNIEW KLACZYŃSKI: Chyba będziemy zgodni, że film Borowczyka to świetna robota reżyserska, wyrafinowany pastisz. Mnie interesuje jednak coś innego — sprawa kiczu, nie tyle zawartego w samym filmie, co istniejącego jako punkt odniesienia.

WACŁAW SADKOWSKI: Powieść była pisana serio, a film jest wytworem „nieświadomości” twórcy.

KLACZYŃSKI: Mamy tu do czynienia z melodramatem w tak czystej formie, jak rzadko w dzisiejszym kinie. Oto historia dziewczyny, która zeszła z drogi cnoty. I oto niebezpieczeństwa, jakie na nią czyhają, od każdej strony, biologicznej i społecznej. Z jednej strony choroba, macierzyństwo w potwornych warunkach, z drugiej strony odtrąca ją społeczeństwo. Jest tu kolekcja wszystkich możliwych złych skutków grzechu.

Zastanawiałem się nieraz, czy jest możliwe dziś odnowienie melodramatu, przeformułowanie go na użytek współczesnej widowni. Film Borowczyka podsuwa mi tezę: melodramat to zjawisko historyczne. Przecież te wszystkie nieszczęścia, które spadają na bohaterkę, są ściśle związane z dawną, umarłą kulturą. Czy melodramat tego typu — dzieje miłości prawdziwej i miłości grzesznej — może obchodzić widza? Musiałby udawać, że nic nie wie o istnieniu pigułki, poradni seksuologicznych... tego wszystkiego, co radykalnie zmieniło dramatyczne niegdyś i realne następstwa „grzechu”. Czym ma być dziś melodramat, jeśli upadły dawne tabu obyczajowe, religijne, wreszcie higieniczne... Musiałaby się zmienić cała substancja melodramatu.

Z drugiej strony faktem jest ogromny głód melodramatu. Przypuszczam, że „Dzieje grzechu” będą miały duże powodzenie z tej racji.

Wobec tego — jak ma wyglądać współczesny melodramat?

SADKOWSKI: Nie trzeba go uwspółcześniać, on się sam uwspółcześni. Melodramat gra na pewnych głębokich, trudnych do zweryfikowania, emocjonalnych potrzebach ludzkich.

KLACZYŃSKI: I na powszechności doznań erotycznych.

SADKOWSKI: Kultura erotyczna w społeczeństwie stoi dość nisko. Może w zapotrzebowaniu na melodramat kryje się tęsknota za silnym przeżyciem? Przypuszczam, że powodzenie „Dziejów grzechu” będzie oparte na tych samych przesłankach, co sukces „Love Story” — większy u nas niż na Zachodzie. To jest baśń, projekcja naszych marzeń. Najpierw — niewinna dziewczyna, potem prostytutka, która marzy o czystości, przechodzi przez wszystkie grzechy, zachowując jednak niewinność, zdolność do głębokich uczuć. I ta łaska będzie jej dana na moment przed śmiercią. Czy to nie piękna bajka?

KLACZYŃSKI: Tylko że jest to zarazem wyrafinowana zabawa w melodramat.

JERZY NIECIKOWSKI: A ja nie jestem pewien, czy taki melodramat, który jest jednocześnie parodią melodramatu, rzeczywiście zaspokoi wymagania tzw. szerokiego widza. Wybaczcie mi brutalność, ale publiczność lepiej od wytrawnych krytyków orientuje się, czego chce. Ten, kto płakał na „Love Story", nie wzruszy się dziejami Ewy Pobratyńskiej. Mnie przynajmniej nie było do płaczu. Stylizacja zabija wzruszenie. Publiczność, która wali na westerny, nie lubi parodii westernu.

SADKOWSKI: Borowczyk jest tego świadomy i dlatego nie posuwa się w tej stylizacji zbyt daleko. Pod tym względem film zrobiony jest bardzo subtelnie.

Wydaje mi się jednak, że jest to dokonanie jednorazowe. Ze nie jest to żadna szansa dla przyszłego masowego melodramatu. „Dzieje grzechu” to arcydzieło estetycznego koniunkturalizmu. Film wyraźnie ustawia się na modę retro. Przegląda się tu kino ostatnich lat. Można dopatrzeć się nawiązań do „Bonnie i Clyde” i do „Piękności dnia”, do filmów w rodzaju „Żądła” i „Chinatown”. Poza paroma nawiązaniami do oryginalnego Borowczyka (do „Rosalie” zwłaszcza), nie ma tu właściwie żadnej wartości autentycznej, nowej. To układanka ze znanych elementów. Borowczyk zamyka tym filmem pewien krąg swojej twórczości. Dalej już iść się nie da. Naśladownictwo „Dziejów grzechu” jest niemożliwe.

KLACZYŃSKI: Boję się, że retro narzuca nam fałszywą perspektywę. Filmy historyczne były robione zawsze, niezależnie od mody. Traktując „Dzieje grzechu” jako produkt mody, robimy chyba filmowa krzywdę. Borowczyk od samego początku swojej twórczości, od „Domu”, jest zafascynowany fin de sièclem. Jego filmy zawsze odznaczają się nieprawdopodobnym wyczuciem przedmiotu. dawnego stylu. Retro kojarzy się ze stereotypem, u Borowczyka są prawdziwe odkrycia. Tak jak Pasolini „odkrył” Rzym ludzi bezzębnych, pokazał pewną oczywistość, której kamera nie zauważała, tak Borowczyk po raz pierwszy w kinie z taką konsekwencją ukazał świat sprzed lat siedemdziesięciu, tonący w półmroku lampy naftowej.

SADKOWSKI: Borowczyk nie tylko pokazuje przedmiot. U niego przedmiot gra. Gorset w pokoju Ewy; majtki z sercem w scenie kabaretowej; gramofon; ściany domów, szyldy małego miasteczka; serwetka z gazety kładziona na stole w dworcowej knajpie. Takich szczegółów, znakomicie wygranych, jest w filmie masa.

KLACZYŃSKI: Na pokazie przedpremierowym usłyszałem kilka stanowczo wypowiedzianych głosów; kicz. To mnie niepokoi. Nie do wszystkich dociera cała ta zabawa w dziewiętnastowieczność. A przecież postacie tego filmu jakby żywcem zeszły ze starych ilustracji. Pochroń nie przypadkiem przegląda w pociągu „Noce paryskie". Płaza-Spławski przypomina swoją łysiną Fantomasa. Jest w stylistyce tego filmu coś z tanich, broszurowych powieści i sensacyjnych tamtych lat. Pastisz w filmie narasta — z chwilą gdy pojawia się Pochroń, niczym Mackie Majcher. Druga część filmu idzie znacznie dalej w stronę pastiszu, aż do nieoczekiwanie „rozdzierającego” zakończenia. Rama losowego fatalizmu, w jaką ujęty jest film (Ewie w jednej z pierwszych scen zwiduje się własna śmierć, tych czterech facetów w melonikach z wycelowanymi rewolwerami) — czy to nie przypomina historii jakiejś „Nieszczęśliwej hrabini” w zeszytach? Aż się wierzyć nie chce, że jest to pomysł żywcem przeniesiony z Żeromskiego. Zresztą — czy można było inaczej? Chyba tylko tak: z bezwstydem obnażyć melodramat.

NIECIKOWSKI; Ten melodramat został z powieści wypreparowany. Pozwolę sobie na dygresję, która niewiele będzie miała wspólnego z tym, co dotychczas mówiliśmy. Mam tu przed sobą pamflet o „Dziejach grzechu", wydany w roku 1908 nakładem własnym pana Augusta Iwanickiego (seniora) z Ukrainy. Myślicie panowie, że przedmiotem ataku są niemoralne sceny? Otóż nie. Czytamy: „Powieść «Dzieje grzechu» wydaje mi się na wskroś tendencyjną. Stojący niedwuznacznie na gruncie socyalistycznem autor w ponętnej formie powieści sensacyjnej krzewi doktrynę swoją przy każdej sposobności, jaką mu dana sytuacya nastręcza. Nie jest to wszakże socyalizm z pierwszej połowy XIX wieku, niewykonalny ale sympatyę budzący z powodu pierwiastka idealnego, ale doktryna ostatniej doby, na walce klas oparta...”. Dalej Iwanicki (senior) zarzuca Żeromskiemu, że niszczy substancję polskości, podkopując wyobrażenia o małżeństwie i miłości, stawiając za wzór Japończyków; że interesuje go tylko klasa robotników, a w pogardzie ma wszystkie inne klasy; że terror stosowany przy strajkach rolnych podnosi jako godziwy itd. Jak panowie widzicie, dla czytelnika z początku wieku „Dzieje grzechu" były powieścią społeczną, wręcz polityczną. Niezależnie jak oceniamy film Borowczyka, tego wątku odnaleźć się tu nie da. Przy wszystkich komplementach, jakie padną pod adresem filmu, trzeba powiedzieć, że Borowczyk nie szokuje tak, jak szokował niegdyś Żeromski. Strategia artystyczna Borowczyka jest idealnie dopasowana do współczesnego gustu.

KLACZYŃSKI: Czy pan nie przesadza? Ten wątek „rewolucyjny i socyalistyczny" uwidacznia się w powieści właściwie tylko w jednym fragmencie: gdy mowa o pomysłach reformatorskich pana Bodzanty. Jest to jednak utopia, która dziś może budzić uśmiech.

NIECIKOWSKI: Ta utopia to właśnie cały Żeromski.

SADKOWSKI: Jak to jest z tymi treściami społecznymi, które film rzekomo zubożył? Między nami mówiąc, jest to jedna z najsłabszych powieści Żeromskiego. „Dzieje grzechu” pokazują, kim byłby Żeromski, gdyby nie musiał nieść całego brzemienia patriotyczno-społecznikowskiego. To brzemię uczyniło go na szczęście tym, kim jest w polskiej literaturze. Pisarzem, który przerósł samego siebie. Ale gdyby Żeromski działał w innych warunkach historycznych, zostałby prawdopodobnie autorem melodramatów. Polskim D. H. Lawrencem. Może stworzyłby typ zmysłowej powieści miłosnej. Bo był już na tropie tych spraw, które wy dźwignęły jako pisarza Lawrence'a — myślę np. o micie fallicznym. Miał niewątpliwą dynamikę narracyjną, chłonność obserwacji, był naturą bujną, żywiołową. Przekora Borowczyka wyraża się tym, że pozostając niemal absolutnie wierny książce (nie pamiętam, by usunął lub zmienił jakiś istotny element fabuły) — uzewnętrznił, jakby mimo woli, prawdziwy charakter powieści i charakter talentu Żeromskiego. Okazuje się, że Żeromski dostarcza współczesnemu kinu „dla ludzi” idealnego scenariusza. Borowczyk śmiało z tego źródła czerpie.

NIECIKOWSKI: Mówi się, że film jest lepszy od powieści. Zapewne. A jednak pod względem dramaturgicznym cała druga część jest składanką. Konstrukcja powieści jest taka, że sceny fabularne są poprzedzielane wstawkami odautorskimi, w których narrator wyjaśnia pobudki kierujące Ewą. Gdy ten komentarz został usunięty, film się rozlatuje na szereg luźnych scen. Mogłoby ich być mniej lub więcej, to wszystko jedno. Luki dramaturgiczne widać zwłaszcza w wątku Szczerbica.

Epokę oglądamy w filmie przez pryzmat galerii sztuki, wystaw sztuki stosowanej, starego albumu, natomiast materia powieści jest realistyczna. Sławna scena topienia dziecka w kloace, jedna z najdrastyczniejszych w naszej literaturze — tu jest wręcz estetyczna. Cały naturalizm powieści zniknął. Erotyka filmu jest erotyką w stylu Borowczyka, nie ma w niej nic z Żeromskiego.

Jeżeli mierzyć „Dzieje grzechu” kategoriami, jakie zwykle przykłada się do melodramatu, te drastyczne sceny wydadzą się nieważne. A ta powieść była przecież czymś więcej, niż historią pewnej panienki. Powrócę tu do swojej poprzedniej myśli. Było to, mimo wszystko, oskarżenie społeczeństwa, jego konwencji moralnych i obyczajowych. W rozdziale o Monte Carlo na przykład wciąż się mówi: tu się wygrywa fortuny, a obok ludzie umierają z głodu, te fortuny tworzą się kosztem ich nędzy. W końcu „Dzieje grzechu” to oskarżenie świata, w którym najczystsze uczucia prowadzą do zbrodni...

KLACZYŃSKI: Jaki byłby sens protestować dziś przeciwko oczywistym niesprawiedliwościom społecznym sprzed siedemdziesięciu lat?

NIECIKOWSKI: Nie o to mi chodzi. Ja tylko pokazuję, że możliwości ekranizacji były różne. I że wybrano możliwość jedną z wielu: kokietowanie widza.

Mamy tu do czynienia z fenomenalnym artystą, który umie grać na dwóch fortepianach: melodramat czystej wody dla szarego widza i parodia czy pastisz dla znawców. Rzeczywiście, do filmu powoli wdziera się parodia. Od momentu, gdy pojawia się Pochroń. Piękny Pochroń z książki — tu przez Wilhelmiego grany jest z cieniutką ironią. Znawcy będą mówić: jaka to pyszna parodia. Ale niejeden widz weźmie na serio demonizm Pochronia i Płazy-Spławskiego. Mimo wszystko wątpię, czy można ten film nazwać prawdziwym melodramatem, takim, jakiego potrzebuje widownia. Może melodramatu nie da się wskrzesić?

A tak w ogóle, zauważyłem, że przy okazji tego filmu najwięcej ma się do powiedzenia o stylu, o kwestiach reżyserskich i technicznych. A gdyby zadać brutalne pytanie — dlaczego „Dzieje grzechu”? Co artysta ma w tym filmie do powiedzenia współczesnym? Obawiam się, że każde z tych pytań trafia w próżnię.