Archiwum

Nowoczesny „Czterdziestolatek"

Oglądamy serial telewizyjny „Czterdziestolatek" wyreżyserowany przez Jerzego Gruzę. Tym razem jednak rzecz będzie nie o reżyserze, tylko o scenarzyście, nieugiętym szermierzu postępu i nowoczesności, wrogu bezmyślności, mętniactwa intelektualnego i konserwatyzmu we wszystkich postaciach. Nie kto inny, jak właśnie Krzysztof Teodor Toeplitz, współautor scenariusza „Czterdziestolatka" przed kilku laty skrytykował radiowy serial „Matysiakowie", zarzucając mu apoteozę zapyziałej tępoty, życiowego indyferentyzmu, poprzestawania na małym, bezmyślnego trwania obok pędzącego do przodu świata. Jak te poglądy wyglądają teraz, kiedy sam popełnił popularny serial telewizyjny, który ogląda znacznie większa publiczność aniżeli sześć milionów podówczas wiernych słuchaczy „Matysiaków"?

W Toeplitzu cenię to, że nie boi się konfrontacji z samym sobą. Także w „Czterdziestolatku" nie wszystko mu się udaje. Spróbujmy jednak prześledzić — a widać to już w pierwszych odcinkach — jak autor stara się tradycyjną tkankę realistycznych fabułek dosycać elementami, których brak zarzucał „Matysiakom".

Pozory ma przeciw sobie. Cały realistyczny sztafaż, ułatwiający widzowi identyfikację z bohaterami serialu, musi być typowy, nie za bardzo w kierunku nowoczesności i nie za bardzo anachroniczny. Ten podstawowy wymóg strukturalny jest spełniony. Inżynier Stefan Karwowski, budowniczy trasy Łazienkowskiej, z żoną, dwojgiem dzieci i małym fiatem, to typowy przedstawiciel średniego pokolenia tzw. inteligencji technicznej. W sensie biopsychologicznym główny bohater wyposażony jest w pełnię cech charakterystycznych dla czterdziestolatka: przeżywa typowe dla wieku niepokoje erotyczne, frustruje się dochodzącym do głosu poczuciem przemijania życia, końca młodości. Czas wypełnia mu w dużej mierze praca zawodowa, ale docenia także uroki życia „na luzie”.

No dobrze — bądźmy konsekwentni — a na czymże miałby polegać nonkonformizm bohatera, szerokie horyzonty, pęd do przodu, łatwość adaptacji w zmieniających się warunkach życia, dynamika przeobrażeń moralno-obyczajowych, etc. Na dobrą sprawę Karwowski pracuje uczciwie jak Matysiak, stara się w miarę możliwości nie być świnią, w ogóle hołduje starym cnotom, przypisywanym zawsze i wszędzie porządnemu człowiekowi, jak Matysiak; a to, że los rzucił go akurat na priorytetową budowę, jest młodszy i łyknął trochę więcej wykształcenia, niczym go w sensie ludzkim nie różni od zasłużonego majstra z Dobrej.

I tu dochodzimy do pewnych zawirowań, które mają przeciwdziałać tradycyjnemu ecie pecie. Czasem są to próby połowiczne, czasem interesujące i nowatorskie. Wyraźnie zabrakło konsekwencji w przypadku spółdzielni usług erotycznych pt. Krysia pielęgniarka, która leczy z kompleksów panów w kryzysowym wieku. Jeśli miał to być sygnał rozluźnienia obyczajowego, które wkrada się do naszego życia, to — moim zdaniem — ów przelotny romans inżyniera wcale nie powinien był dotrzeć do świadomości żony, albowiem ciągnie to intrygę w kierunku regularnej mieszczańskiej zdrady. A przecież tu nie o to chodzi. Przydałaby się także nieco głębsza charakterystyka samej Krysi „samarytanki", kobiety wolnej (z wyboru? z konieczności? etc.).

Wyraźnie postępową rolę w serialu pełni przyjaciel inżyniera Karol, lekarz mieszkający w tym samym domu. W kwestiach tego komentatora akcji, racjonalisty oświeconego odnajdziemy sporo elementów rodem z „Kuchni polskiej" — co nie jest zbyt udane, gdyż odczuwa się jako wtręt obcy. Z równym znawstwem rozprawia o przyczynach zaniku erotycznego zainteresowania żoną, jak również wypowiada się na tematy ogólniejsze: „Bo u nas kultura to jest tylko ilość przeczytanych książek i umiejętność ględzenia nie na temat, a nie ilość pasty do zębów, mydła i dezodorantu” (odc. V). Jakbyśmy to już gdzieś czytali.

Jednak najbardziej udanym pomysłem, artystycznie nowatorskim, choć burzącym realistyczną poetykę serialu, jest wątek kobiety pracującej, w brawurowym wykonaniu Ireny Kwiatkowskiej. Wprawdzie przychodzi ona wprost z kabaretu, z telewizyjnego ekspresu, z radiowych dialogów na cztery nogi, z krainy absurdu i czystej abstrakcji, to przecież znakomicie uzupełnia serialową fabułę o to, co się w niej nie mieści i zmieścić nie może, o autentyczną tęsknotę do nowoczesności. I tu tkwi przewrotność Toeplitza: widząc ograniczoną nośność myślową tradycyjnej intrygi fabularnej, uzupełnił ją o groteskę. Zniszczył jednorodność gatunkową serialu. Zaryzykował. Jak zostanie przyjęty ten artystyczny eksperyment w skali nastu milionów gustów?

CZESŁAW DONDZIŁŁO