Archiwum

Weekend w Skegnes. Korespondencja własna z Wielkiej Brytanii

Peter Jackson, z ogromną teczką wypchaną papierami i podróżną torbą, łatwo się daje rozpoznać jako „nietutejszy” w gwarnym, londyńskim pubie. Przyjechał do Londynu, by ostatecznie pozałatwiać sprawy związane z dorocznym jesiennym seminarium filmowym. Jest sekretarzem Towarzystwa Filmowego (Film Societies — odpowiednik polskich klubów dyskusyjnych) w Lincoln, położonym w północno-wschodniej części Anglii; ma omówić program spotkania z prelegentem, upewnić się co do możliwości wypożyczenia kopii potrzebnych filmów, sfinalizować rozmowy w Federacji, która dysponuje funduszami wspomagającymi działalność regionalną. Poznaję go dzięki uprzejmości krytyka zaproszonego do poprowadzenia seminarium. Temat tegorocznego spotkania wydawał mu się interesujący dla dziennikarki z Warszawy: „Patrząc wstecz na koniec pewnego świata: polskie kino powojenne”.

Zapraszając do udziału w seminarium, które ma odbyć się w Skegnes, małej miejscowości wypoczynkowej nad Morzem Północnym, Peter Jackson wyjaśnia mi, że polskie kino znane jest tamtejszym członkom klubów z paru zaledwie przykładów i kilku nazwisk (oczywiście, wszyscy słyszeli o Wajdzie, znają „Popiół diament”, wiedzą kim był Zbyszek Cybulski). Doroczne, późno-jesienne spotkania przeznaczają na bliższe zapoznanie się z kierunkami, czasem z poszczególnymi twórcami), które w światowym kinie nabierają znaczenia. Dlaczego tym razem postanowili zająć są właśnie kinem polskim?

Otóż, spodziewają się nie tylko obejrzeć kilka głośnych pozycji, dowiedzieć się bliższych szczegółów o twórczości czołowych reżyserów i aktorów, ale — poprzez kontekst historyczny tematów polskich filmów — poznać trochę historii naszego kraju, zorientować się w zjawiskach istotnych dla kultury i tradycji.

Wydają mi się interesujące nawet szczegóły organizacyjne tego przedsięwzięcia, rzucają bowiem nieco światła na zasady działalności brytyjskich Film Societies. Seminaria są imprezą dość kosztowną, dlatego też terenowe kluby urządzają je nie częściej niż raz w roku, natomiast szeroko informują o planowanym spotkaniu kluby z odległych nawet regionów. Przygotowanie programu i wszelkie trudy organizacyjne należą do miejscowego zarządu, przyjmującego obowiązki gospodarza, natomiast koszta pokrywają solidarnie uczestnicy z własnej kieszeni. Seminarium w Skegnes, dwudniowe, zostało zaplanowane na weekend. Zgłosiło się 17 osób. Koszt uczestnictwa wcale wysoki: 9 funtów za hotel i utrzymanie plus 2 funty na koszta prelekcji i projekcji. Do tego dochodzi opłata za przejazd do Skegnes, pokrywana przez każdego uczestnika.

Tak więc — kilkanaście funtów stanowiło indywidualną cenę dwudniowego kontaktu z polską kinematografią.

Do Skegnes jedziemy z Grimsby, niewielkiego portowego miasta, poprzez pofałdowane tereny hrabstwa Lincoln. Mały, schludny i przytulny hotel oferuje uczestnikom kursu nie "tylko pokoje i tradycyjną angielską kuchnię, ale i pomieszczenia na dyskusje i projekcje. W obszernej salce baru zamontowano przenośną aparaturę do projekcji 16 mm.

A oto, co zapowiada program rozdany wszystkim uczestnikom: w pierwszym dniu około 12 godzin zajęć. „Lotna” Wajdy, „Hubal” Poręby, „Pasażerka” Munka, wprowadzenie, prelekcje, dyskusje. W dniu następnym — „Jak być kochaną” Hasa, „Perła w koronie” Kutza oraz prelekcje i dyskusje. Podczas prelekcji przewidziano też wyświetlanie tzw. ekstraktów z „Popiołu i diamentu”, „Pokolenia”, „Eroiki” oraz „Bariery”.

Program został skonstruowany na zasadzie chronologii wydarzeń: spojrzenie wstecz na koniec pewnego świata, a więc — począwszy od września 1939 (widzianego oczyma dwóch tak różnych twórców jak Wajda i Poręba), poprzez życie, i walkę Polaków podczas okupacji, obóz jeniecki, obóz koncentracyjny, zakończenie wojny i ówczesne układy społeczne, aż do filmu Kutza, niemieszczącego się w tym skomponowanym ciągu, lecz prezentującego próbkę innej, bo proletariackiej tradycji.

Przyglądam się uczestnikom weekendu, próbując w rozmowach rozszyfrować ich status społeczny. Rozpiętość bardzo znaczna: od młodziutkiej absolwentki wydziału sztuki, prowadzącej w Lincoln kursy filmowe, aż do pięćdziesięciokilku letniego farmera, miejscowego potentata, właściciela ziemi i przetwórni. Przeważają nauczyciele -— z miast, miasteczek, a nawet ze wsi, gdzie także działają kluby. Jeden z nich prowadzi Hugh Proctor, szczery entuzjasta filmu, którego dziełem jest także zwabienie na kurs farmera Jima.

Jim uznaje realizm jako estetykę jedynie godną zaufania i w tym kontekście zapałał entuzjazmem dla „Pokolenia” Wajdy. Farmerowi z Lincolnshire szczególnie bliski wydaje się bohater — proletariusz Stach. Jim jest również zwolennikiem „Hubala”. W tym przypadku pozostaje jednak nieco odosobniony: inni uczestnicy uważają film Poręby za raczej prymitywny i zrealizowany zgodnie z kanonami estetycznymi, które znaczyły rozkwit kina komercjalnego lat 50-tych. W „Lotnej” natomiast niemal wszyscy widzą piękną balladę o odchodzącym świecie.

Sposób prowadzenia seminarium okazuje się niezwykle pojemny: wystarcza czasu na krótki przegląd wydarzeń historycznych tego okresu, przedstawienie głównych faktów z historii polskiego filmu, sylwetki paru twórców, a nawet na odejścia w stronę literatury, tradycji, filozofii czy mitów kształtujących wyobraźnię polskich twórców.

Wydaje się, że w prezentowanym zestawie najbardziej i najpowszechniej podobała się „Pasażerka” oraz „Jak być kochaną”. Hugh Proctor, w słowach wskazujących na szczególnie głębokie przeżycie filmu, mówił o wizji Munka niesłychanie trafnie przemawiającej do wyobraźni widza, o treści, grze aktorskiej, tonie etycznym najwyższej próby. Nie mam zamiaru cytować tu wypowiedzi wszystkich uczestników kursu. Istotne jest jednak, jak te filmy wciąż potrafią ożywiać widownię. Ludzie, którzy z kulturą polską spotkali się po raz pierwszy w życiu, nie ukrywają, że są to sprawy dla nich trudne, ale mimo to przegląd jest ciekawy, gdyż daje świadomość obcowania z wartościami żywymi i pobudzającymi.

Rozmowy o filmach przenoszą się wieczorem do baru, gdzie przy drinku nawet ci mniej śmiali pytają o drobne i ważne sprawy: o autorstwo wiersza kończącego „Jak być kochaną”, o losy Zbyszka Cybulskiego, o Skolimowskiego i Polańskiego. Ja natomiast, korzystając z obecności Jean Young, reprezentującej Brytyjską Federację Towarzystw Filmowych, dowiaduję się, że w 1975 roku przypada jubileusz tego ruchu. Towarzystwa filmowe zaczęły powstawać w 1925 roku spontanicznie, .jako reakcja na skomercjalizowany system dystrybucji. W tamtych latach niedostępne były w kinach całe kinematografie, więc zaczęto sprowadzać i oglądać wartościowe filmy w małych grupkach klubowych. Wśród pionierów wymienia się m. in. G. B. Shawa i H. G. Wellsa. Z tego ruchu wyszło wielu znanych twórców filmowych.

Dziś działa w Anglii około 700 towarzystw filmowych: na terenie szkół, uniwersytetów, zakładów produkcyjnych, w miastach i we wsiach. Choć tak wrośnięte w miejscową tradycję kulturalną, nie obywają się bez coraz to nowych kłopotów, także finansowych: istnieją tylko dzięki składkom członkowskim. Inny kłopot stanowi dobór repertuaru: ostatnio kina prezentują szeroki wachlarz programowy, a sieć komercjalną uzupełniają filie National Film Theatre (rodzaj kin studyjnych) oraz bogaty program filmowy w telewizji, więc naprawdę niełatwo o skomponowanie oryginalnego repertuaru, atrakcyjnego dla zapamiętałych miłośników kina.

Jean Young sądzi, że przyszłość należy do tzw. klubów edukacyjnych, szczególnie żywych na terenie uniwersytetów i szkół, gdzie organizuje się kursy monograficzne, tematyczne itp. Federacja pełni rolę koordynatora i doradcy z niewielkimi możliwościami subwencjonowania szczególnie wartościowych inicjatyw. Wydaje też pismo przeznaczone dla Film Societies i stanowi coś w rodzaju banku informacyjnego.

Po dwóch dniach wspólnego przebywania i rozmów rozstajemy się niczym bliscy znajomi. W drodze powrotnej do Londynu odwiedzam jeszcze Tilbury, wieś z 500 „duszami”, gdzie Hugh Proctor prowadzi od 1958 roku swój 30-osobowy klub. Tilbury jest piękną, starą i znakomicie utrzymaną wsią z ładnymi domostwami i kolorową roślinnością. Dzięki uprzejmości Hugha zobaczyłam wszystko, co się tylko dało: siedzibę władz lokalnych, szkołę, miejsce spotkań klubu a nawet dom farmera Jima — entuzjasty Stacha z „Pokolenia”. Potem już naprawdę trzeba było się pożegnać; wyjeżdżałam z Lincolnshire bogatsza o przeświadczenie, że polskie kino dobrze reprezentuje naszą kulturę.

ELŻBIETA SMOLEŃ-WASILEWSKA