Archiwum

Strach na wróble

Z pozoru „Strach na wróble” to bardzo typowy film amerykański. W grę wchodzą tu bohaterowie, których na dobrą sprawę oglądaliśmy wielokrotnie, a i konstrukcja fabularna dzieła Schatzberga nie jest żadną nowością. Przeciwnie — w kinie amerykańskim spotyka się ją bardzo często. Zaglądam do gazety i wypisuję tytuły filmów, które w tej chwili są na warszawskich ekranach: „Rodeo”, „Kiedy legendy umierają”, „Pięć łatwych utworów" czy choćby „Unikający punkt". Niezależnie od różnic dzielących te utwory — a oczywiście są różnice i to znaczne — wszędzie mamy do czynienia z tym samym schematem fabularnym oraz tym samym typem bohatera, który przemierza Amerykę wzdłuż i wszerz, nigdzie nie mogąc zagrzać miejsca. Kiedy więc w pierwszej scenie „Stracha na wróble” Gene Hackman i Al Pacino, stojąc na poboczu drogi, podnoszą ręce, żeby zatrzymać przejeżdżające samochody, w przybliżeniu wiadomo, czego należy oczekiwać. Będzie pewnie jakaś bójka czy awantura, jakieś pijaństwo, jakaś przygoda erotyczna, a także trochę scen obyczajowych z amerykańskiej prowincji. I rzeczywiście „Strach na wróble” nie tak znów bardzo od tego wszystkiego odbiega. A że rzecz nie wyróżnia się szczególnie błyskotliwą czy pomysłową realizacją, chciałoby się powiedzieć — ot, jeden z tych filmów, jakich Amerykanie robią kopy. Nie byłaby to jednak ocena sprawiedliwa.

Po bohatera, będącego w jednej osobie włóczęgą, uciekinierem i buntownikiem, kino amerykańskie sięgało zazwyczaj po to, by pokazać samotność człowieka oraz bezowocność jego poczynań. Bo też do takich celów fabularny „schemat drogi-wędrówki" doskonale się nadaje. Zasiedziałość jest świadectwem mocnych więzi międzyludzkich. W końcu w jednym i tym samym miejscu utrzymują nas nie pejzaże, ulice, domy — zresztą po pewnym czasie tak dobrze znane, że ich w ogóle nie zauważamy — lecz ludzie, z którymi się zżyliśmy. Toteż skłonność do przenoszenia się, wędrówki, włóczęgi mają przede wszystkim te osobowości, których kontakty z innymi są osłabione. A więc ludzie tak czy inaczej samotni. Z drugiej zaś strony w trakcie wędrówki czy też włóczęgi związki z ludźmi są chwilowe, przypadkowe i powierzchowne. I tak powstaje błędne koło. Do wędrówki popycha wykorzenienie i osamotnienie, jednocześnie zaś sama wędrówka to osamotnienie powiększa. Stąd poczucie zbędności, bezsensu i jałowości egzystencji.

Wymieniłem wyżej cztery filmy amerykańskie oparte na „schemacie drogi-wędrówki". Wszystkie prowadzą w tę samą stronę. Ich ostateczne przesianie można by streścić przy pomocy dwóch frazesów wziętych z filozofii egzystencjalnej: „jesteśmy sami” i „człowiek jest tylko zbędną namiętnością”. Otóż, Schatzberg podjął ten schemat, by wysłowić prawdy zupełnie inne. W jego filmie wędrówka prowadzi do prawdziwej przyjaźni.

Zastanawiam się, jak rzadko temat przyjaźni pojawia się ostatnio w sztuce. Nie pisze się już o przyjaźni, nie pokazuje się jej na ekranie. Można by wręcz pomyśleć, że to piękne uczucie znikło z powierzchni ziemskiej.

Trudno, zwłaszcza w kilku słowach, powiedzieć, jaki jest związek między wiedzą (filozofią, psychologią, socjologią) i sztuką. Nie ulega wątpliwości fakt, że prawdziwa sztuka nie idzie ślepo za teorią jak stado owiec za swym przewodnikiem, z drugiej jednak strony to teoria tworzy pojęcia, przy pomocy których myśli o święcie artysta. Otóż, przyszło nam żyć w kosmosie pojęciowym wytworzonym w znacznej mierze przez psychoanalizę i egzystencjalizm. I jeden, i drugi prąd — choć na różne sposoby — zwraca uwagę przede wszystkim na ciemną stronę życia. W tym też głównie kierunku idzie współczesna sztuka. Psychoanaliza nauczyła nas nieufności wobec wszelkich uczuć, egzystencjalizm poważnie osłabił wiarę w owocność związków międzyludzkich. I jedno, i drugie znalazło wyraz w sztuce współczesnej. Przede wszystkim zaś w sztuce ambitnej.

Niewątpliwie mamy tu do czynienia z jednostronnym poglądem na życie. Z tą jednostronnością można by się zresztą zgodzić, gdyby sztuka istniała po jakiejś „drugiej stronie”, gdyby miała burzyć naiwne samozadufanie i bezmyślne zadowolenie widzów czy czytelników. Ale tak przecież nie jest. Czytelnik i widz coraz częściej myśli o świecie przy pomocy tych samych pojęć, które kształtują sztukę, jest również podejrzliwy, sceptyczny i pełen niewiary. W tej sytuacji wypada się zastanawiać, czy sztuka współczesna nie rozmija się czasem ze swym humanistycznym powołaniem. Jakbyśmy tej sprawy nie rozstrzygnęli, trzeba stwierdzić, że dzieła umiejące obok mroków pokazać piękno życia, wolne od pesymizmu dziś niemal automatycznego, zasługują na szczególną aprobatę. A w końcu takim utworem jest ta prosta opowieść o narodzinach przyjaźni.

JERZY NIECIKOWSKI