Archiwum

Zaklęte rewiry. Rozmowa z Januszem Majewskim

• Po „Zazdrości i medycynie” — „Zaklęte rewiry” będą drugim Pana filmem, którego akcja rozgrywa się w latach międzywojennych. Przypadek — czy wyraz szczególnego zainteresowania epoką?

— Raczej przypadek, ale może i niezupełny. bo jednak „Zazdrość i medycyna” rozbudziła we mnie zainteresowanie tamtym okresem. Można by zresztą powiedzieć, że jest coś tajemnego, prawie magicznego w tej sprawie, bo to przecież Choromański odkrył Worcella w Krakowie i nawet tytuł „Zaklęte rewiry” mu wymyślił... Ale nie szedłem tym tropem. Chociaż czytałem książkę przed wieloma laty, dopiero Bolesław Michałek mi podszepnął, że mógłby być z tego film. Przeczytałem książkę jeszcze raz, pod kątem możliwości sfilmowania i znalazłem takie szanse. Fabuła daje się dobrze opowiedzieć, jest galeria bardzo ciekawych postaci, zindywidualizowanych, żywych, dających duże możliwości aktorom, można odnaleźć także przesłanie moralne, które mi przemawia do przekonania. Ale przede wszystkim pociągnęło mnie to, co zawsze mnie frapuje: że wszystko dzieje się w świecie, który stanowi jednolitą, zamkniętą konstrukcję. Jest jak gdyby model zbudowany po to, by można było prześledzić pewne sprawy.

• Tym modelem jest oczywiście mikrokosmos restauracji, w której młody człowiek przechodzi wszystkie fazy wtajemniczenia w życie, dojrzewania, awansu, zdobywania pozycji życiowej.

— Otóż to. Zamknięty świat restauracji odzwierciedla mechanizmy szerszego układu społecznego; jest tu pełna hierarchia, cała drabina społeczna, po której wspina się bohater. W tej drodze staje przed próbą charakteru, musi dokonywać wyborów, kierując się określoną skalą wrartości, ma do rozwiązania problemy życiowe i moralne. To wszystko daje się odnieść nie tylko do jednej restauracji w latach trzydziestych; można sobie wyobrazić, że podobnie działoby się w innym układzie, w innym czasie. Chociaż nie wiem, czy współcześnie... Zbyt wiele trzeba by zmienić, żeby historia była wiarygodna.

• Siłą powieści Worcella jest to, że dzieje się w bardzo konkretnym miejscu i czasie, a jej szerszy sens wynika z prawdy obrazu. Prawie wszystkie Pana filmy są adaptacjami, można by powiedzieć, że tkwi Pan w literaturze.

— Myślę, że istnieją powody znane wszystkim, jak brak dobrych scenariuszy lub trudności w znalezieniu czy napisaniu dobrych tekstów współczesnych, ale są też jeszcze inne: na przykład potrzeba popularyzacji tych książek, które dają satysfakcję przy czytaniu. Tak było w przypadku „Zazdrości i medycyny” — chciałem sfotografować moje wyobrażenie o tej powieści. Teraz chciałbym zrealizować moje wyobrażenie o tym, co napisał Worcell.
I jeszcze jedno: istnieją obszary zapomniane, które warto przypomnieć. Na przykład pewne rejony polskiej literatury międzywojennej. Jeśli jakichś powieści się nic wznawia, lub wznawia się rzadko, są one po prostu nieznane współczesnemu czytelnikowi. Film może je przywrócić społeczeństwu. Tak więc chęć zwrócenia uwagi na pewne książki czy zjawiska kulturalne może też skłonić do adaptacji.

• Z punktu widzenia realizatora adaptacja utworu nawet z niedalekiej przeszłości, stwarza chyba większe możliwości dla wyobraźni niż temat współczesny. W temacie współczesnym rola wyobraźni jest jak gdyby mniejsza; nie tyle buduje się świat, ile interpretuje.

— Po prostu w filmach rozgrywających się niewspółcześnie większy jest element kreacji. Myślę jednak, że w przypadku „Zaklętych rewirów” — prócz tego, co powiedzieliśmy o odtworzeniu świata, który nie istnieje i może nigdy nie istniał w tym kształcie w jakim ja go buduje — sprawa jest prostsza. W końcu zawód reżysera jest zawodem opowiadacza. Istnieją anegdoty, czy autentyczne wydarzenia, które się dobrze opowiada, bo są ciekawe. Ta historia, jak mi się wydaje, da się dobrze opowiedzieć.

• Scenariusz czyta się jednym tchem.

— Chciałbym, aby to samo można było powiedzieć o gotowym filmie. Myślę, że jest to jeden z klasycznie filmowych tematów. Istnieją jak gdyby dwa rodzaje filmów — takie, które są świetne, kiedy je oglądamy pierwszy raz i tracą wiele przy drugim obejrzeniu — i takie, w których za pierwszym razem nawet nie wszystko chwytamy i dopiero oglądając je po raz drugi widzimy wartości przedtem niedostrzeżone. Otóż wydaje mi się, że przede wszystkim ten pierwszy rodzaj jest prawdziwym kinem. Pewien wybitny krytyk, który zjechał jeden z moich filmów, potem przypadkowo obejrzał go po raz drugi i diametralnie zmienił zdanie, o czym mi powiedział, a nawet napisał. Była to dla mnie wielka satysfakcja, ale kto wie, czy bym nie wolał, aby było na odwrót.

• Jak Pan jednak sam przed chwilą powiedział — tak się ma sprawa z filmem, że powinien być do obejrzenia także po raz pierwszy.

— Myślę, że „Zaklęte rewiry” mają takie szanse, staram się zgromadzić maksimum atutów. Atutem jest opowiadanie, które się dobrze czyta: wydaje mi się, że mam dobrą obsadę; mam świetnego operatora i do tego jeszcze mam bardzo dobre wnętrza w Pradze. Właściwie będzie mi bardzo trudno to zepsuć.

Rozmawiała: WANDA WERTENSTEIN